Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Będzie dobrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Będzie dobrze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

Do biegu, gotowi, start!

Dzisiejszy dzień nie jest niczym innym jak kolejnym zwykłym dniem, takim jak wszystkie nadchodzące, ale to, co zrobisz we wszystkich nadchodzących dniach zależy od tego, co zrobisz dzisiaj
Ernest Hemingway

To jest moje zdanie motywacyjne na dzisiaj.
Dlaczego od niego zaczynam? Bo kilka długich weekendów rozleniwiło mnie... Zrobiłam niewiele, pozwoliłam się ponieść bezczynności i bez wyrzutów sumienia po prostu odpoczęłam. Dzisiaj natomiast jest pierwszy dzień “nowej serii zwyczajnych dni”, więc potrzebuję motywacji i entuzjazmu, żeby ruszyć z kopyta.
Takich motywatorów mam więcej i chętnie się nimi z wami podzielę w nadziei, że was też naładują pozytywną energią, która ułatwi wam zakasać rękawy, doda odwagi i pomoże wziąć się w garść.
Mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie!

Nikt nie popełnił większego błędu niż ten, który nic nie zrobił tylko dlatego, że mógł zrobić zbyt mało.
Edmund Burke

Zacznijcie od zrobienia tego, co jest konieczne, potem tego, co możliwe. Nagle odkryjecie zaskoczeni, że robicie niemożliwe.

Franciszek z Asyżu

Nieważne czy myślisz, że ci się uda albo że ci się nie uda. W obu przypadkach będziesz miał rację.
Henry Ford

Nie zniechęcam się, bo każda nieudana próba, którą odrzucam, to kolejny krok do przodu.
Thomas Edison

Nie mów o tym, co umiesz zrobić, rób to i basta. 

Riccardo Oda

Lepiej być optymistą i się mylić niż być pesymistą i mieć rację.
Albert Einstein

Jeśli nie wyeliminujesz negatywnych myśli, negatywne myśli wyeliminują ciebie.

Anonim

Jeśli masz marzenie, musisz je chronić. Ludzie, którzy sami nie potrafią czegoś zrobić, próbują wmówić ci, że ty też nie możesz. Jeśli czegoś pragniesz, to zdobądź to. Kropka.  

film “W pogoni za szczęściem”

Jeśli urodziłeś się bez skrzydeł, nie rób niczego,
co przeszkodzi im wyrosnąć.
Wstawaj wcześnie, pracuj ciężko.
To ci nie zaszkodzi, umysł będzie zajęty, a ciało aktywne. 

Coco Chanel


Życzę wszystkim udanego poniedziałku!


cytaty motywacyjne
źródło: http://quotes-pictures.vidzshare.net/

piątek, 14 marca 2014

Matki w mediach, ale afera

Pamiętacie jak Kate Middleton wyszła ze szpitala? Nie było gazety, radio czy telewizji, która nie opiewałaby jej odwagi pokazania okrągłego brzuszka, bo to właśnie tak wygląda prawdziwa mama na kilka dni po porodzie. Minęło parę tygodni i wszystkie brukowce doszukiwały się oznak depresji post partum w jej podgrążononych oczach, widocznych odrostach czy nieobecności na jakiejśtam uroczystości. Ostatnie wiadomości donoszą, że właśnie spędza wakacje na Maldiwach, gdzie pojechała ze swoim ukochanym księciem, ale (o zgrozo!) bez Royal Baby. Teraz wszyscy publikują dziesiątki artykułów, bezlitośnie krytykując fałszywe posunięcie świeżo upieczonej mamy: “Kate Middleton jest pozbawiona instynku macierzyńskiego”, “Jak można porzucić swoje kilkumiesięczne dziecko babci i wyjechać na tydzień nie martwiąc się o jego los?”.
Taki urok bycia sławnym. Każdy twój krok ląduje pod mikroskopem opinii publicznej, a minimum aprobaty to marzenie ściętej głowy. Nie dziwi mnie więc, że wszystkie celebrytki opowiadają tylko o urokach macierzyństwa. 
My możemy sobie bezkarnie pomarudzić, nawet na blogu, o tym, że dziecko nie śpi, nie je, albo że jest znowu chore i prawdopodobnie nasze wirtualne koleżanki bez wahania pospieszą nam z pomocą dając cenne i sprawdzone rady w komentarzach pod postem.
A wyobrażacie sobie co by to było gdyby na przykład taka Anna Mucha powiedziała, że jej dziecko cierpi na kolki, a ona popłakuje po kątach, bo nie wyrabia? No, publiczny lincz, albo nawet ukamieniowanie - tak dla przykładu! Miliony hejterów ostrzą już sobie języki wyczekując na jej najmniejsze nawet potknięcie, więc w sumie lepiej, że nie pokazała się z odrobiną pociążowej nadwagi, bo wtedy to nie ocaliłaby jej nawet ucieczka incognito na koniec świata.
Czasami odnoszę wrażenie, że zaraz po potrzebach fizjologicznych, krytyka jest głównym celem człowieka. Tak więc jeśli nie zajmą się nią media, to my sami chętnie podejmiemy to wyzwanie i skrytykujemy media. To właśnie one zostały schłostane po opublikowaniu zdjęć uśmiechniętych celebrytek tuż po porodzie, bo kłamią, bo są powierzchowne, bo kreują wyidealizowany obraz matki, wpędzając w kompleksy i poczucie winy zwyczajne kobiety, które bez pomocy armi niań stają na głowie, żeby związać koniec z końcem i nie zawsze są uśmiechnięte i seksowne jak sławne mamy na okładkach luksusowych magazynów.
A tak na poważnie, czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach czuje się nieadekwatny, bo nie wrócił do figury jak sprzed ciąży w dwa tygodnie, tak jak Katarzyna Skrzynecka? Czy naprawdę pozytywne opisywanie macierzyństwa jest rowiną dla poczucia wartości matek z krwi i kości?
Nie mówię oczywiście, że celebrytki mają być dla nas wzorem do naśladowania, światełkiem w tunelu, czy inspiracją, ale wszyscy wiedzą, że media to nie psycholog i że gdyby było w modzie pokazywanie nieszczęść sławnych mam, napewno wyrządziłyby więcej szkody.
Zresztą, powiem szczerze, jeśli już miałabym wybrać, to wolę matki medialne niż te z bajek, które albo nie żyją (Kopciuszek, Śpiąca Królewna) albo wysyłają dzieci do lasu na pastwę wilka czy Baby Jagi.

źródło: http://jozefow8przedszkolerogow.blox.pl

sobota, 8 marca 2014

Kto naprawdę potrzebuje Dnia Kobiet

Zgadzam się z feministkami, które tępią sprowadzanie Dnia Kobiet do wręczenia klasycznego przywiędłego tulipana, ale ponieważ kilka lat temu miałam bardzo trudne doświadczenie związane z łamaniem praw kobiet, drażnią mnie ci, którzy Dzień Kobiet obśmiewają i dołączają do przeżytków komunizmu.
Można narzekać, że o sprawach kobiet dyskutuje się tylko ósmego marca, ale to sposób rozumowania tych, którzy wolą bezsensowną krytykę i nie proponują alternatywnego rozwiązania.
Dla mnie okazja jest okazją i zamierzam wykorzystać dzisiejsze święto, żeby poruszyć tematy, o których niełatwo jest mówić.
Wiele kobiet na świecie nie podejrzewa nawet, że można się zastanawiać nad prawem do równego traktowania w środowisku zawodowym. Dla nich temat ten jest czystą abstrakcją, bo ich problemy są zupełnie innej rangi: one nadal walczą o prawo do integralności fizycznej!
Pracując dla włoskiej telewizji w lutym 2010 pojechałam do Al-Minya nagrać reportaż o obrzezywaniu kobiet, któremu na świecie poddawanych jest codziennie 6 tysięcy dziewczynek, co w skali roku daje wynik dwóch milionów! W Egipcie obrzezanie ogranicza się do usunięcia łechtaczki, najczęściej dziewczynkom w wieku 5-7 lat, ale nadal w wielu afrykańskich krajach praktykowana jest infibulacja.
Kiedy spotkałam członkinie organizacji walczącej przeciwko tej praktyce, na dzień dobry wręczyły mi poniższy rysunek.



dzień kobiet


Jest to rysunek siedmioletniej dziewczynki, która została poddana obrzezaniu. Przedstawiła na nim siebie we łzach, leżącą na podłodze. Zawieszona na suficie goła żarówka oraz rozłożone na zwykłym ręczniku narzędzia potwierdzają, że zabieg przeprowadzany jest w spartańskich warunkach, gdzie brakuje nawet najbardziej podstawowych środków higieny. Za plecami dziewczynki widać mamę, która krępuje jej ręce, bo oczywiście nikt nie stosuje znieczulenia, natomiast znachorka trzyma w ręce nóż, gotowa do wykonania “rytualnego cięcia”.
Kiedy zobaczyłam ten rysunek, brakowało mi słów, żeby określić moje emocje. Byłam naprawdę głęboko wstrząśnięta, bo jest tu tyle bólu i przemocy, że ze wstydem pomyślałam o księżniczkach w długich różowych sukniach i z koroną, które rysowałam w wieku tej dziewczynki.
Po krótkim przygotowaniu i próbie ogarnięcia się, pojechałam przeprowadzić wywiad ze znachorką, grubą babą o czarnych zębach, która tłumaczyła mi z przekonaniem:
 “Moją misją jest oczyszczanie dziewczynek, - mówiła - bo pozbawienie ich tego kawałka sprawi, że nie będą w przyszłości uganiać się za mężczyznami”.
Jej zdanie potwierdziły prawie wszystkie osoby zapytane o sens tego głęboko zakorzenionego w tradycji rytuału. Młodzi mężczyźni, nawet ci z wyższym wykształceniem, dodawali, że nie ożenią się z dziewczyną, która nie została obrzezana, bo tylko ta operacja gwarantuje zachowanie dziewictwa do ślubu oraz wierności małżeńskiej po nim.
Trudno jest nie oceniać negatywnie tak brutalnie realizowanej potrzeby kontroli nad seksualnością kobiet, przynajmniej z naszego europejskiego punktu widzenia. Pozostaje wiara w codzienne zaangażowanie pracowników socjalnych, dzięki któremu powoli zmieniają się poglądy mieszkańców Al-Minya. Z pewnością jednak upłynie jeszcze dużo wody w Nilu zanim egipskie kobiety będą mogły cieszyć się poszanowaniem należnych im praw.
 Tak więc dzisiaj rano, kiedy moi mężczyźni wręczyli mi gałązkę mimozy (tutejszy odpowiednik naszego tulipana), przyjęłam ją z wdzięcznością, dedykując ten gest tym, które Dnia Kobiet potrzebują naprawdę, moim znajomym z Egiptu.

obrzezanie kobiet

środa, 26 lutego 2014

To nielogiczne!

Pewien chłop miał siedmioro dzieci i kiedy wracał do domu po ciężkim dniu pracy, nigdy nie było posprzątane ani ugotowane, dzieciaki wrzeszczały bez opamiętania, a żona była... powiedzmy... nerwowa (każdy może wstawić swój ulubiony synonim).
Wreszcie chłop postanowił poprosić o radę proboszcza, który był jedynym wykształconym mieszkańcem wsi.
Po wysłuchaniu narzekań proboszcz bez zbędnych wywodów powiedział: "Kup sobie kozę."
Rozwiązanie to wydawało się chłopu dość dziwaczne, ale darzył proboszcza całkowitym zaufaniem i następnego dnia kupił kozę.
Minął tydzień, ale sytuacja w domu nie zmieniła się. Nadal kiedy wracał dzieciaki wrzeszczały, żona była “nerwowa”, obiadu nikt mu nie stawiał na stole i jeszcze koza dokładała swoje. 
Wrócił więc chłop do proboszcza i mówi: “Zrobiłem jak mi ksiądz proboszcz doradził, ale niestety jest tylko gorzej, koza dom mi do góry nogami przewraca! Zjadła wszystkie poduszki, obgryzła stołki, pobiła talerze, a na dodatek ma pchły”
“To sprzedaj pan kozę” - odpowiedział krótko proboszcz.
Chłop zrobił jak mu doradzono. Po tygodniu wraca na parafię cały w skowronkach i mówi do proboszcza: “Nie wiem, jak mam księdzu dziękować, taki ksiądz mądry i tak dobrze mi doradził. Sprzedałem kozę i wszystko wróciło do normy, w gruncie rzeczy nie jest mi wcale aż tak źle”.

To jedna z moich ulubionych historyjek "z morałem". A umieszczam ją na blogu, bo jakiś czas temu pisałam posta, w którym narzekałam, że mam w domu bałagan i że desperancko poszukuję rozwiązania. 
Minęło kilka tygodni i co? I mam psa!!!


No właśnie, jak ten chłop z historyjki...Tylko że ja nawet nie musiałam iść do proboszcza z prośbą o radę, sama taka genialna jestem! 
Na szczęście okazało się, że rzeczywistość ma więcej fantazji niż autorzy pouczających opowiastek, bo już sam proces adaptacyjny Reksia (jedynego we Włoszech psa o takim imieniu) był kompletnie nieprzewidywalny.   

Stadium 1 podejrzany intruz
Reksio jest śliczny, słodki i co tam jeszcze chcecie, ale zdecydowanie nie ma daru zjednywania sobie ludzi. 
Już pięć minut po wejściu do domu zaznaczył swoje terytorium, a zanim ja zdąrzyłam chwycić po ścierkę, Nicko centralnie wpadł pupą do kałuży.
"No to chrzest mamy już za sobą" skomentowałam.
 Po tym wypadku Nicko ograniczał się do kontrolowania podejrzliwym wzrokiem każdego posunięcia nowego współlokatora i z teatralnym oburzeniem reagował na ewentualne zainteresowanie psa jego zabawkami. 
Kategorycznie przestrzegał wprowadzonej ad hoc zasady: "co moje to moje", a dla pewności sam też zrezygnował z zabawy i spędził całe popołudnie czytając książeczki (co w sumie nawet mi się podobało). 



Stadium 2 co twoje to moje
Nowe prawo, ustalone po cichu i niepisemnie mówiło: "co moje to moje, a co twoje, to też moje". Nicko zaczął bawić się z Reksiem, ale tylko zabawkami psa. 
Uznałam to za pomyślny znak, przynajmniej zaczęli jakąś interakcję, przy czym cierpliwie czekałam aż skończy się ten prowizoryczny schemat relacji w rodzinie.

Stadium 3 happy end
To było naprawdę niewiarygodne, wbrew wszelkim zalecanym technikom problem solvingu. Mieliśmy przecież kłopot z bałaganem, studium przypadku niby też było i ostrzegało jasno: dołącz do bałaganu zwierzę, a pożałujesz. 
Wyglądało tak logicznie i wiarygodnie, że aż nie do zniesienia. 
Tymczasem odkryłam, że bezskutecznie karcona przez lata lekkomyślność może być kluczem do sukcesu! 
Uwaga, uwaga: końcowym rezultatem obecności psa w moim domu jest nic innego jak upragniony od miesięcy porządek

Po tygodniu wzajemnego "obwąchiwania się" Nicko i Reksio znaleźli sposób na harmonijną koegzystencję. 
Teraz mój synek bawi się z psem jego zabawkami, ale wrócił też do swoich ukochanych klocków Lego, kredek i puzzli. Przy czym od razu po zabawie, odkłada wszystko na miejsce, żeby pies mu nie pogryzł i żeby się nie udławił drobnymi elementami. 
Tak oto trzymiesięczny szczeniak sprawił, że oddalony o miliony lat świetlnych od naszej lokalizacji porządek stał się rzeczywistością. 
Zaskakujące, prawda? 






piątek, 14 lutego 2014

Pierwszy stopień do szczęścia

W internecie krąży ciekawy schemacik według którego szczęście jest łatwym do osiągnięcia stanem. Na pewno jego autorem jest jakiś facet, to jasno wynika już z samego tytułu “Życie jest proste”, ale prawdopodobnie zainteresował mnie właśnie dlatego, że jest inny niż mój normalny wielowarstwowy tok rozumowania. Postanowiłam więc zrobić wyjątek i podjąć wyzwanie wprowadzenia go w życie. Tak, w moje życie, czyli w codzienność zdezorganizowanej, zapominalskiej i maniakalno-schizofrenicznej matki dwulatka.
Zacznijmy więc od przedstawienia rysunku:




Jak widać, autor proponuje, żeby zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, zadać sobie pytanie “Czy jesteś szczęśliwy?”. Na ogół rzadko się nad tym zastanawiamy, bo to niby takie poważne kwestie egzystencjalne z górnej półki. Codziennie podejmujemy dziesiątki decyzji, ale w większości przypadków raczej nie głowimy sie zbytnio ani dlaczego, ani po co. Tymczasem powszechnie wiadomo, że jasno określony cel jest podstawą sukcesu i z pewnością nie wzbudzę zawziętej dyskusji, jeśli stwierdzę, że bycie szczęśliwym to w gruncie rzeczy sensowny cel.
Tylko jak go osiągnąć? Według schematu nie jest to trudne: jeśli odpowiedź na pytanie o szczęście jest negatywna, wystarczy tylko coś zmienić, wrócić do pytania wstępnego i tak do skutku, czyli dopóki odpowiedź będzie twierdząca.
Szkoda tylko, że ten, który narysował powyższy schemat jest facetem o linearnym sposobie rozumowania, który nijak się ma do skomplikowanego świata wewnętrznego, którego urokami cieszy się każda kobieta. Skąd ja mam wiedzieć, co to jest “to coś”?
Zostałam z tym problemem przez dłuższy czas, ale w końcu znalazłam rozwiązanie. Zrobiłam prosty test (oczywiście nie jeden z tych powiedzmy psychozabawowych, które sprawdzają, czy jesteś kobietą w typie Brada Pitta czy Antonio Banderasa). Ten jest na poważnie, pozwala jasno określić, czego naprawdę potrzebujemy do szczęścia.
Na początek należy stworzyć listę, ale tym razem nie to-do, czy zakupów, tylko listę wartości, zainteresowań i aspektów życia, które są dla nas ważne.
Przykładowa lista może wyglądać tak:
1. Być najlepszą matką dla mojego dziecka
2. Mieć rodzinę jak na obrazku z bajki
3. Sprawić, aby dziecko było szczęśliwe
4. Móc realizować się zawodowo
5. Być niezależną
6. Mieć dobre układy z dziadkami dziecka
7. Być zadbaną
8. Mieć czas dla siebie (np. na uprawianie sportu i czytanie książek)
9. Podróżować
10. Doceniać to, co mam
Gotowa lista powinna zawierać co najmniej 10 elementów. Warto jest się nad nimi zastanowić, ale jednocześnie należy wpisać wszystko, co jest dla nas ważne w danym momencie. Jeśli nasz "wewnętrzny krytyk" ocenia jakiś punkt jako nierozsądny, banalny albo po prostu głupi, to należy zignorować krytykę. Jeśli coś jest dla nas ważne, to nie może być to nierozsądne, banalne ani tym bardziej głupie. Pamiętajcie, że świadomość własnych potrzeb i ich rzeczywistej wagi w naszym życiu jest pierwszym stopniem do, o nie, tym razem nie do piekła, to pierwszy stopień do szczęścia!
Dobra, lista już jest. Prawdopodobnie kolejność jest dość przypadkowa, bo często najważniejsze rzeczy są dla nas tak oczywiste, że przychodzą nam na myśl dopiero po dłuższym zastanowieniu. Dlatego też dla uzyskania wiarygodnego rezultatu należy przyznać każdej pozycji odpowiednią punktację.
Bierzemy pierwszy wymieniony przez nas element i zestawiamy go z kolejnymi punktami listy pytając: które z dwojga jest dla mnie ważniejsze? Element, który wygrywa dostaje jeden punkt.
Po konfrontacji pierwszego elementu ze wszystkimi pozostałymi, przechodzimy do drugiego punktu i postępujemy jak wcześniej.
Końcowym rezultatem będzie aktualna hierarchia naszych potrzeb i wartości, która pozwoli nam  zobaczyć czarno na białym, nad jakimi sferami musimy jeszcze popracować i gdzie dobrze byłoby  coś zmienić. A co najważniejsze, odkryjemy, które aspekty są najpilniejsze, a które możemy chwilowo zignorować, bo dostały mniej punktów.
P.S.
Jeśli po przeczytaniu tego artykułu twoja odpowiedź na pytanie o szczęście jest negatywna, ale nie masz ochoty albo (jak mówi moja najlepsza przyjaciółka) wystarczającej motywacji, żeby zrobić własną listę, przypominam, że “Szczęśliwe dzieci mają szczęśliwe matki”. Zatem chwytaj za kartkę i długopis i bądź szczęśliwa!

sobota, 8 lutego 2014

Chwytaj dzień!

Zima jest tylko dla twardzieli. Każda zamknięta z dzieckiem w domu matka aktywuje dziesiątki mechanizmów zwiększających prawdopodobieństwo jej przetrwania, a nieustannie brzęczący nam w głowach leitmotiv to: aby do wiosny. A co jeśli mamy trochę ambicji? Jeśli nie chcemy żyć byle jak i samo przetrwanie nas nie satysfakcjonuje? Co jeśli chcemy cieszyć się każdą chwilą i zamiast z nadzieją czekać na upragnioną wiosnę wołać codziennie: Carpe diem?
Weźmy na przykład wczorajszy dzień. Za oknem zimno, ciemno i padał deszcz (u mnie na śnieg raczej się nie zapowiada, ale to bez różnicy, i tak nie odważyłabym się wystawić nosa za próg) i po raz kolejny stanęłam przed kultowym pytaniem, na które każde małe dziecko oczekuje od mamy błyskotliwej odpowiedzi: Co będziemy dzisiaj robić?
Rozejrzałam się po pokoju, zabawek pełno, ale nowych brak, a wszystkie pozostałe już się nam znudziły. Nie miałam nawet odwagi zaproponować Nicko rysowania kredkami, bo z góry wiedziałam, że spojrzałby na mnie spod byka i w rewanżu zdemolowałby pokój w piętnaście minut. Przeszliśmy więc do kuchni, może zrobimy coś razem do jedzenia, to zawsze działa. Otwieram lodówkę, a tam tylko jogurty i jajka. Gdyby była Wielkanoc, to może i bym się pokusiła, ale robienie pisanek w lutym to nawet dla mnie byłoby za dużo.
A jednak coś mam! W dolnej szufladzie leży główka sałaty. Wyjmuję ją triumfalnie, a dziecko patrzy się na mnie krytycznie:
“Sałata? Myślisz, że jesteś tą, jak ty to tam nazywasz, super-mamą, a wszystko na co cię stać to pęk zielonych liści?”
“Nicko, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” - powidziałam ironicznie interpretując słowa Małego Księcia.
Odcięłam dolną część główki sałaty, zamoczyłam ją w czerwonej farbie i odbiłam na kartce. Na papierze pojawił się ciekawy rysunek pięknie rozkwitniętej róży. Nicko był zachwycony! Od razu przechwycił stempelek i zapełnił różami nie wiem już ile kartek.
Nagle zapomnieliśmy że za oknem był ziąb i ciągle padał deszcz. U nas w domu kwitły dziesiątki czerwonych róż i było jak w bajce.











wtorek, 4 lutego 2014

Kubuś Puchatek - do usług szanownej mamie!

Kilka dni temu miałam takie dziwne uczucie, które wydawało mi się bardzo ważne, ale nie dawało mi spokoju, bo w żaden sposób nie umiałam go nazwać. Wiedziałam, że było to coś szczególnego, coś co powinno się powiedzieć szeptem, przy przygaszonym świetle, patrząc dziecku prosto w oczy.
Problem w tym, że nie zdążyłam zatrzymać tej fermentującej we mnie emocji w myślach nawet przez krótką chwilę, która wystarczyłaby, żeby znaleźć słowa i ją opisać.
Wiadomo, przy dwuletnim dziecku trudno o chwilę spokoju, bo akurat woła, że ma brudne rączki i trzeba je umyć, a potem oblewa się całe i trzeba je przebrać, a przy okazji wytrzeć kałużę na podłodze. I kiedy zajmuję się wycieraniem podłogi i rozwieszaniem mokrych ubrań okazuje się, że znalazło jakiś krem i wysmarowało nim nie tylko rączki, ale też szafę. Wycieram więc krem z szafy, ale jest już za późno, bo Nicko znowu coś wykombinował i znowu trzeba biec i sprzątać. A do tego w międzyczasie dzwoni telefon i chciałabym mieć osiem rąk, żeby móc wszystko zrobić.
Mogłabym jeszcze długo rozpisywać się o codziennych atrakcjach, ale w sumie każdy wie, jak to jest z ciekawym świata dwulatkiem...
Wracając natomiast do tematu i tamtego dnia: wieczorem, na dobranoc, zdecydowaliśmy się przeczytać kawałek Kubusia Puchatka. Usiedliśmy wygodnie na wersalce, otworzyliśmy książkę na przypadkowej stronie i nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Miś z zaskakującą prostotą ubrał w słowa myśli, które dręczyły mnie przez całe popołudnie. Zerknęłam na kartkę z rysunkiem Puchatka trzymającego za rękę Prosiaczka i z napisem, który pomógł mi powiedzieć mojemu synkowi to, co tak mocno czułam:

“Każdy dzień spędzony z tobą jest moim ulubionym dniem.
Zatem dzisiaj był mój ulubiony dzień”.

Nicko spojrzał na mnie zdziwiony, a w jego oczach było trochę niedowiary: “To znaczy, że nie nudzi ci się, kiedy się ze mną bawisz? Nie robisz tego z poczucia obowiązku?”
“Nie, kochanie, ja lubię się z tobą bawić, uwielbiam spędzać z tobą czas i jestem szczęśliwa, mogąc powiedzieć ci wieczorem, że dzięki tobie dzisiaj był mój ulubiony dzień. Dobranoc.”


wtorek, 28 stycznia 2014

Czy naprawdę muszę mieć bałagan?

Wiadomo, decydując się na małe dziecko należy wliczyć w koszty: ciągły brak czasu, chroniczne zmęczenie i oczywiście bałagan. Nie trzeba mieć magistra z finansów i zarządzania, żeby zrozumieć, że przy takim układzie sprzątanie jest kompletną stratą czasu i energii - zwiększa koszty i nie produkuje zysków.
Oczywiście każda matka ma swoje podejście do sprawy. Ja na przykład wydzieliłam dziecku strefę, którą w myślach ogrodziłam żółto-czarną taśmą ostrzegawczą i jest to dla mnie “ta część pokoju”. Pole bitwy dla Nicko, gdzie wolno prawie wszystko i gdzie chaos nie jest zwykłym chaosem, ale inspiracją procesu twórczego. No dobra, powiedzmy jak jest: to część dużego pokoju pełna porozrzucanych zabawek, które sprzątam dopiero kiedy nie ma jak tam wejść.
Tylko raz pokusiłam się o posprzątanie “tej części pokoju” podczas popołudniowej drzemki Nicko. Kiedy się obudził, od razu z dumą pokazałam mu efekt mojej pracy: “Ta-dam! Widzisz jak mama pięknie posprzątała?!”. On jednak wcale się nie ucieszył tylko zmarszczył brwi i powiedział: “Mama, nu nu nu”, a po chwili dodał z rezygnacją w głosie “Ach ta mama” i pokręcił głową na znak dezaprobaty.
Był naprawdę zawiedziony, a ja poczułam się jakbym czegoś nie zrozumiała, jakbym nie stanęła na wysokości jego oczekiwań. Okropne uczucie.
Na szczęście Nicko szybko otrząsnął się z szoku, westchnął głęboko i zajął się przywracaniem poprzedniego stanu rzeczy zaczynając od wyrzucenia na podłogę wszystkich klocków Lego. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że zrobienie bałaganu zajęło mu mniej niż pięć minut.

Teraz proponuję wykonanie szybkiej analizy sytuacji: ja nie mam czasu ani energii, a te niewiele, ile mam inwestuję w sprzątanie.
Efekt: chwilowy porządek, z którego i tak nikt nie korzysta, bo dziecko śpi, a ja pracuję w studio. Dziecko się budzi i nie docenia porządku, a wręcz się nim denerwuje. Zatem nie tylko straciłam to, co zainwestowałam, ale jeszcze zepsułam dziecku humor.
Wniosek:  sprzątanie to strata czasu, energii i dobrego samopoczucia.

Mogłabym skończyć tego posta banalnym apelem do zdrowego rozsądku matek, nawołując do zaniehania jakiegokolwiek działania związanego ze sprzątaniem i do pozbycia się wszelkich wyrzutów sumienia. Nie byłoby to jednak w moim stylu, bo ja wierzę w poprawę. Wierzę, że jeśli chcemy nauczyć dziecko porządku, to jest to możliwe.
Dlatego właśnie przekartkowałam różne mądre podręczniki o wychowaniu i mam plan!
Na początek wyniosłam na strych zabawki, którymi dziecko bawi się rzadziej niż dwa razy w tygodniu. To był dobry pomysł, bo nagle zrobiło się więcej miejsca i co jakiś czas będę mogła zaskoczyć Nicko "nową zabawką".
Przede mną trudniejsza część planu: należy przekonać dziecko, że sprzątanie nie jest dla jeleni, ale że można się też przy nim bawić.
Tylko jak to zrobić?
Według mądrych poradników, należy wybrać jakąś wesołą piosenkę i słuchając jej próbować odłożyć na miejsce jak najwięcej zabawek.
I tu zaczęły się u mnie schody. Żeby sprzątnąć "tę część pokoju" na koniec dnia, musiałabym znaleźć piosenkę trwającą co najmniej 15 minut albo puszczać w kółko tę samą. Pierwsze rozwiązanie nie wchodzi w grę, bo nie ma tak długich piosenek dla dzieci, a drugie odpada, bo pewnie Nicko znienawidziłby i sprzątanie i piosenkę.
W końcu stwierdziłam, że nie musi być wszystko od razu na tip top. Na dobry początek mogę ograniczyć sprzątanie do dwóch minut  - to czas trwania "Żyrafa fa fa fa fa", ulubionej piosenki Nicko z programu Mama i ja. Ile sprzątniemy, tyle będzie. Ważne, żeby zacząć jak najszybciej, bo wtedy porządek będzie dla Nicko tak naturalny jak teraz jest bałagan i być może dzięki temu w przyszłości unikniemy wielu awantur.
Czy to zadziała? Sama nie wiem, zakładać się nie będę, ale jeśli ktoś chce mi coś doradzić, to bardzo poproszę. Jeśli jesteś blogującą mamą i masz posta o sprzątaniu, dołącz link w komentarzach, chętnie przeczytam. Mamy, znajdźmy sposób na bałagan!






wtorek, 21 stycznia 2014

My, matki z krwi i kości

Elegancko ubrana i pełna wdzięku kobieta ciepłym głosem budzi męża i dzieci. Dom pachnie świeżo upieczonym chlebem, a na starannie nakrytym stole czeka zdrowe śniadanie. Wszyscy są zadowoleni i z entuzjazmem szczebioczą o planach na nowy dzień. Potem kobieta czule całuje męża na pożegnanie i troskliwie pomaga dzieciom ubrać się do wyjścia.
Tak właśnie wyobrażam sobie ciąg dalszy bajki o Kopciuszku: idealna żona i matka, zawsze uśmiechnięta i zadbana. Stoooop!
Czasem lubię sobie pofantazjować, ale szczerze mówiąc wolę kobiety, których poranki to kawa wypita w biegu, kipiące mleko, dziecko marudzące, że chce inne buty i facet wymykający się chyłkiem, żeby uciec od rozgardiaszu.
My, matki z krwi i kości, nie zawsze jesteśmy uśmiechnięte jak na obrazku. My mamy różne problemy: małe i duże, a najczęściej małe, które czasami stają się duże. Zdarzają się nam też gorsze dni, kiedy po prostu wszystko wydaje się trudne albo bez sensu. Albo i jedno i drugie.
Ja osobiście przetestowałam sporo sposobów na doła: począwszy od banalnych, jak rozmowa z przyjaciółką, przez dziwaczne (np. udaję, że to nie moje życie), po bardziej ryzykowne, jak szybka jazda na motorze.
Niestety od doła uciec się nie da, przynajmniej mnie się nigdy nie udało. Jedynym działającym na mnie sposobem jest stawienie mu czoła powtarzając z przekonaniem:
"W końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to nie jest koniec".*
I żeby doła udobruchać, zjadam kawałek mojej ulubionej białej czekolady z nadzieniem truskawkowym.


* Everything will be all right in the end. If it's not all right then it's not the end - wersja oryginalna, najczęściej przypisywana Johnowi Lennonowi.

sobota, 18 stycznia 2014

Prosty przepis na udany weekend

Za oknem pada i zimno, ale przy odrobinie chęci i cierpliwości ten nieciekawie zapowiadający się weekend będzie mógł nabrać sródziemnomorskiego charakteru.
W jaki sposób? To proste! Postawmy na stole jedną najbardziej popularnych włoskich potraw: pasta al ragù, czyli makaron z sosem mięsnym.
Zanim przejdę do podawania składników i sposobu przygotowania, muszę koniecznie podkreślić, że proponuję tutaj prawdziwą domową kuchnię włoską. Nie będzie żadnych frykasów z nouvelle cuisine ani dziesiątek trudnych do znalezienia składników. Będą natomiast proste przepisy na smaczne włoskie dania, które naprawdę jedzą włoskie rodziny, a których ja nauczyłam się od znajomych z Pugli, Toskanii, Ligurii i Lombardii.

Składniki (dla 8 osób):
80 gr selera (łodyga)
1 mała marchewka
1 mała cebula
50 ml oliwy z oliwek
200 gr grubo mielonej wołowiny
200 gr grubo mielonej wieprzowiny
70 ml wytrawnego czerwonego wina
200 ml wody lub rosołu
350 gr sosu pomidorowego
1 liść laurowy
sól


Przygotowanie:
Pokroić w drobną kostkę marchewkę, cebulę i selera.
W wysokim garnku, na wolnym ogniu rozgrzać oliwę, po czym dodać pokrojone warzywa.
Gdy cebula zmięknie, wrzucić do garnka mielone mięso i podsmażyć mieszając aż nabierze brązowego koloru.
Dodać czerwone wino, a po kilku minutach sos pomidorowy, przyprawy i wodę lub rosół.
Wymieszać i gotować na bardzo małym ogniu przez ok. półtorej godziny mieszając od czasu do czasu. W razie potrzeby dodawać po trochu rosołu (lub wody).
Kiedy ragù jest gotowe, jeśli konieczne, dodać soli i pieprzu do smaku.
Podawać z makaronem, najlepiej typu tagliatelle, ale może być też zwykłe spaghetti.
Smacznego!


P.S.
Uwaga, ta część jest tylko dla kobiet (nie bójmy się tego słowa) normalnych, które nie mają czasu, żeby pichcić codziennie wymyślne przysmaki.
Sosu wyjdzie wam dużo, więc albo zaprosicie na obiad całą rodzinę albo podzielicie go na porcje i zamrozicie. W ten sposób będziecie miały kilka zdrowych posiłków gotowych do przyrządzenia na szybko.

środa, 15 stycznia 2014

Co słychać w wielkim świecie?

Podczas gdy my, zwykli śmiertelnicy, jak co tydzień nie możemy doczekać się piątku, w szare życie mieszkańców Mediolanu wtargnęła nagle haute couture: mam na myśli słynny na całym świecie Milan Fashion Week! I my tu sobie gadu gadu a tymczasem włoscy styliści prezentują ich najnowsze kolekcje i decydują o tym, jak będziemy wyglądać w następną zimę.
A dlaczego ja o tym piszę? Co to ma ze mną wspólnego?  Przecież teraz jestem mamą i nie powinnam tracić czasu na nieistotne kwestie, takie jak fatałaszki. My matki powinnyśmy z wdzięcznością przyjąć możliwość założenia pierwszego lepszego rozciągniętego sweterka, bo akurat jest czysty. Czy to takie dziwne, że ja się z tym nie zgadzam? Czy to grzech, że ja nadal czuję się kobietą i że moda jest dla mnie nadal interesująca?

Co prawda nie mieszkam już w Mediolanie, ale świetnie pamiętam, że tydzień mody był fantastycznym okresem w życiu tego miasta. Nagle mieszały się ze sobą dwa światy: wyrafinowane modelki spieszące się na casting, fitting lub pokaz mody siadały w metrze obok ponurych urzędników i nieumiejętnie umalowanych bibliotekarek. Każdy mógł poczuć atmosferę niekończącej się imprezy, a na co drugim rogu spotykało się dziwacznie ubrane osoby, które mówiły w dziwaczny sposób: “animalier jest już absolutnie out”, “Organza? J’adore” (uwaga: francuskie zwroty wymawiane teatralnym tonem świadczą o kulturze i klasie).

Nie ukrywam, że świat mody mnie bawi, kręci, a czasem nawet fascynuje. Na szczęście mam sporo zdrowego rozsądku i nie ubieram się wyłącznie w firmowe ciuchy. Muszę jednak przyznać, że lata spędzone w Mediolanie zmieniły mój stosunek do stylu. Kiedyś myślałam, że ubrania są jedynie dodatkiem, że liczy się osobowość. Teraz uważam, że moda jest formą sztuki, dzięki której możemy wyrazić lub podkreślić naszą osobowość, a czasem tylko po prostu poczuć się lepiej.
Na ogół zresztą potrzeba niewiele, wystarczy jakiś drobny akcent, który dopełni nasz look i sprawi przyjemność lub doda odwagi. Dla mnie takim gadżetem jest pomadka Chanel, której chętnie używam zgodnie ze wskazówkami jej twórczyni:


Jeśli jesteście smutne, 

jeśli macie miłosne problemy, 

umalujcie się, nałóżcie szminkę 

i stawcie czoło światu 

Coco Chanel



środa, 1 stycznia 2014

Anno nuovo, vita nuova

We Włoszech mówi się: “Nowy rok, nowe życie” i to jest coś, co strasznie mi się tu podoba. Optymizm i wiara w nasze możliwości. 
Być może w nowym roku zmieni się niewiele, nie zrzucę tych pięciu kilo, które za bardzo kochają moje ciało, żeby się z nim rozstać. Nie będę super mamą, a tylko po prostu mamą... powiedzmy kreatywną, co tak naprawdę jest miłym określeniem mamy roztargnionej i kompletnie zdezorganizowanej. Być może moje życie uczuciowe nie będzie interesujące jak scenariusz amerykańskiego filmu, a jedynie zwyczajne, takie ze wzlotami i upadkami jak w każdej kochającej się rodzinie.
A jednak uwielbiam ten noworoczny optymizm i magię nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Symboliczne zamknięcie rozdziału i białą kartkę przed oczami. To właśnie ta biała kartka i kolejnych 365 stron tak bardzo mnie ekscytują. 
Na pewno nie będzie różowo, nie oszukujmy się, ale jednego jestem pewna: chcę, żeby było kolorowo! Albo marchewkowo... to się jeszcze zobaczy.
Wszystko się może zdarzyć!