Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak Nicko wspina się na krzesło, zawahałam się przez chwilę pomiędzy “Nie rób tego!” a “No dobra, spróbuj!” Podobnie było, kiedy po raz pierwszy zaczął wdrapywać się na schody, samodzielnie jeść łyżeczką i pomagać mi mieszać gotujący się sos do makaronu. Prawie za każdym razem instynktownie czułam potrzebę uchronienia dziecka przed “niebezpieczeństwem”, ale przez ściśnięte zęby i z jeszcze bardziej ściśniętym gardłem wydawałam z siebie dźwięk, który odpowiednio zinterpretowany przypominał “No dobra, spróbuj!”. Nie było to odważne: “próbuj, dasz radę”, bo grubo podszyte strachem o konsekwencje, ale dziecku to bez różnicy: jak wolno, to wolno!
Kiedy Nicko uczył się chodzić ciągle upadał albo w coś uderzał. Każdy tak ma. Wszyscy powtarzają ci w koło, że to normalne, że dziecko musi sto razy upaść zanim nauczy się chodzić. A jednak, pomimo tego, ty kochająca matka na widok upadku gotowa jesteś pokonać tor przeszkód, przebiec gołymi stopami po dziesiątkach porozrzucanych zabawek, żeby jak najszybciej pomóc dziecku wstać i je przytulić.
Gdyby to był odcinek “Było sobie życie” to pewnie opis sytuacji wyglądałby tak: Dziecko upada, ciało migdałowe matki w ułamek sekundy wysyła do mózgu impuls: goń na ratunek! Stamtąd natychmiast rusza dawka adrenaliny, która spina odpowiednie mięśnie i skręca żołądek (pewnie znacie to uczucie).
Cała sztuka polega na tym, żeby nie zapomnieć o wzięciu głębokiego oddechu. To tylko chwila, ale często potrzebna na racjonalną ocenę sytuacji. Ta z kolei prowadzi do odprężenia i rozluźnienia mięśni, bo często się okazuje, że dziecku nic się nie stało, wstaje samodzielnie, otrzepuje kolana i biegnie dalej.
Tak właśnie dziecko uczy się nie tylko, że jeśli się nie uważa, to łatwo upaść, ale przede wszystkim, że może samo wstać i nie potrzebuje nikogo, nawet tej ukochanej mamy, która drży w kącie o jego życie, żeby z upadku się podnieść.
Inną sytuacją, w której walczyłam z instynktem było, kiedy Nicko dostawał jakiś prezent. Odzywało się wtedy we mnie moje wewnętrzne dziecko bez grama cierpliwości. Powiem szczerze, musiałam się nauczyć zbijania rąk w pięści, żeby nie ulec pokusie rozerwania papieru opakunkowego na kawałki. Na szczęście dwuletnie doświadczenie nauczyło mnie z przyjemnością patrzeć jak Nicko powoli dostaje się do sedna (co samo w sobie jest świetną zabawą) i jak powoli zaczyna odkrywać nowy przedmiot. Teraz nie pokazuję mu już, jak działa dana zabawka, chociaż każdego rodzica świeżbią ręce, żeby pokazać, gdzie się wciska przyciski i jaki jest efekt. Nauczyłam się pozwolić mu obwąchać, spróbować, i samemu odkryć do czego służy i jakie ma możliwości każda nowa zabawka. Czasami tylko włączę przycisk “on”, ale to tak, żeby nie zauważył.
Codziennie więc uczę się bycia mamą z dystansem, bo jak widać, nie jest to wcale wrodzone. Czytałam, że dziecko samodzielnie rozwiązując problemy i radząc sobie z frustracja nabiera wiary w siebie i buduje w sobie wysokie poczucie własnej wartości. Nie wiem, czy to prawda, ale cieszy mnie, kiedy widzę, że Nicko wierzy we własne możliwości i nie biegnie do mnie za każdym razem, kiedy się w coś stuknie ani nie chce być wyręczany, kiedy nie udaje mu się połączyć dwóch klocków albo równo nakleić naklejki. Próbuje, męczy się i denerwuje, aż w końcu podnosi wzrok i triumfalnie pokazuje mi, że mu się udało.
Tutaj na myśl przychodzi mi Budująca Mama, której pasją jest rozwiązywanie zagadek matematycznych. Napewno zanim wpadnie na rozwiązania, trochę się pomęczy, a może nawet spoci, ale że jest to jej ulubione zajęcie i ma z niego dużo satysfakcji, nikomu nie przyszło by do głowy, żeby podsunąć jej kartkę z gotowym rozwiązaniem!
Dlaczego więc robimy tak z dziećmi? Bo są małe i naturalnie przychodzi nam chęć uchronienia ich przed frustracją i chociaż na pozór nie ma w tym nic złego, to jak często są to tylko dobre intencje, którym brakuje realnej podstawy?
