Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychować rodzica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychować rodzica. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2014

Pomysły na oryginalny prezent na Dzień Ojca

Do Dnia Ojca pozostało już tylko kilka dni, więc każda z nas coraz usilniej szuka błyskotliwego pomysłu na prezent.
Być może na codzień tata gra w naszym rodzinnym spektaklu rolę drugoplanową, być może nie czuje się doceniany, bo często zbywamy go stwierdzeniami typu: “poczekaj, ja to zrobię lepiej”, a może wręcz przeciwnie, jest najwspanialszym ojcem na świecie i doskonale o tym wie.
Tak czy owak Dzień Ojca jest doskonałą okazją, żeby sprawić tacie przyjemnność, utwierdzić go w przekonaniu, że jest naprawdę ważny (pomimo pozorów) i okazać mu wdzięczność za codzienny trud.

Idealny prezent na Dzień Ojca jest:
- prosty w realizacji, a najlepiej z własnoręcznym wkładem dziecka.
- niedrogi. To zawsze plus, niezależnie od osoby czy okazji.
- oryginalny, to najważniejsze,  bo nie ma lepszego dowodu na to, że zależy nam na osobie, dla której jest przeznaczony.

Kubek
Świetnym pomysłem dla tatusiów najmłodszych szkrabów jest kubek z odbitką dłoni dziecka.
Wbrew pozorom nie jest on trudny do zrealizowania i z powodzeniem mogą wykonać go mamy nawet kilkudniowego brzdąca.
Wystarczy kupić nietoksyczne farby do malowania palcami, zrobić odcisk na kartce, odcisk zeskanować lub po prostu pstryknąć mu zdjęcie i zanieść plik do sklepu, który drukuje zdjęcia na kubeczkach.


prezent na dzień ojca

prezent na dzień ojca


Koszulka
Na stronie http://madrzyrodzice.cupsell.pl/produkt/724850-Koszulka-m-ska-Supertata-.html widziałam świetne koszulki zaprojektowane specjalnie na tę okazję.
Jeśli zdecydujecie się na jej zakup, to wiedzcie, że przy realizacji współpracował tata, dzięki czemu będziecie miały pewność, że facetom się spodoba.


prezent na dzień ojca
żródło: http://madrzyrodzice.cupsell.pl/produkt/724850-Koszulka-m-ska-Supertata-.html

Filmik
Nie trzeba być mistrzem obsługi komputera, żeby zrealizować krótki filmik dla taty: istnieją bardzo intuicyjne programy do tworzenia video, np. Windows movie maker.
Wystarczy wrzucić ulubioną piosenkę taty, najpiękniejsze zdjęcia z dziećmi i słowa wdzięczności, a sukces w postaci krokodylich łez jest gwarantowany.

Breloczek
Breloczek ze zdjęciem dziecka jest również doskonałym pomysłem. Tata doczepi go sobie do kluczy i uśmiech jego pociechy będzie mu zawsze towarzyszył.


prezent na dzień ojca


Laurka na cieście

To prezent dla spóźnialskich, dla tych, które nie zdążyły przygotować nic wcześniej, ale nie chcą zrezygnować z oryginalności i efektu zaskoczenia.
Wiadomo, zwykła laurka nie jest genialnym rozwiązaniem, ale laurka narysowana pisakami spożywczymi na ulubionym cieście taty, jeszcze lepiej jeśli przygotowanym wspólnie z dzieckiem, napewno zostanie bardzo doceniona.

Przygoda
Tutaj bierzemy pod uwagę różnice między kobietami i mężczyznami (podchodzę do tematu stereotypowo, sorry, ale to dla uproszczenia kwestii i mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony).
Podczas gdy my, mamy, uwielbiamy kwiatki i wszelkiego rodzaju świecidełka, dla facetów ważne są przygody, doświadczenia i wspólne odkrycia. Dlatego zafundujmy mu lot balonem z dzieciakami, wypad do wesołego miasteczka (tatusiowie na ogół świetnie się tam bawią) albo bilety na spektakl teatralny.
Mieszkającym w Warszawie i okolicach rodzicom najmłodszych gorąco polecam Teatr Małego Widza.
Tutaj pisałam o jednym z przedstawień, na które miałam okazję się wybrać, ale sprawdziłam w repertuarze, że w weekend poprzedzający Dzień Ojca dają spektakl Ahoj, na którym też byłam i mogę was zapewnić, że jest fantastyczny! 

prezent na dzień ojca


Mam nadzieję, że spodobały wam się moje idee i że zainspirowały was do przygotowania niebanalnej niespodzianki dla tatusiów waszych pociech.
Jeśli wy też macie jakieś ciekawe pomysły, to proszę, podzielcie się nimi w komentarzach, bo o ile solidarność kobieca wciąż poddawana jest do wątpliwości, to ja nadal wierzę w solidarność mam (przynajmniej w przypadku Dnia Ojca).

wtorek, 3 czerwca 2014

Moje cyber-dziecko

Zawsze się śmieję, kiedy opowiadam o moim porodzie, bo oczywiście nie wyglądał on tak jak zaplanowałam. Miałam termin na 22 listopada, ale optymistycznie wierzyłam, że Nicko urodzi się co najmniej kilka dni później.
Na 10 listopada przypadał jeden z organizowanych przeze mnie eventów, więc chciałam zrealizować super wydarzenie kulturalne, zamknąć komputer i zająć się przygotowaniami do porodu.
Kiedy urodził się Nicko?
10 listopada rano rzecz jasna!
Nie tylko nie miałam gotowej walizki, ale w przeddzień eventu nie wszystko było jeszcze na tip top: brakowało odpowiednich talerzy do rozłożenia poczęstunku, a że dla wnętrzarskiego szpanu  potrzebowałam talerzy koloru zielonego, niemożliwych do znalezienia, przeszłam całe miasto wzdłuż i wszerz w ich poszukiwaniu. Talerze znalazłam, ale długi spacer wywołał skurcze, które w ciągu kilku godzin stały się regularne.
Jak tylko zrozumiałam, że moje dziecko ma w głębokim poważaniu moją pracę i plany, po kolacji chwyciłam za laptopa i między jednym skurczem a drugim, pisałam długiego maila do mojej pracowniczki ze szczegółowym opisem wszystkiego, co trzeba było jeszcze zrobić.
Nie będę was zanudzać naturalistyczną relacją z porodu, powiem tylko w telegraficznym skrócie, że był rodzinny, po ludzku i miał być w wodzie, ale nie wyszło.
Pamiętam wiszący za moimi plecami zegar, na który zerkałam po każdym skurczu i przed każdym badaniem z coraz bardziej rosnącą złością i żalem, bo czas mijał, a moja sytuacja nie zmieniała się ani o centymetr. Ostatecznie zmuszona byłam wyjść z wody i urodzić akceptując wymowny metaforycznie, ale kompletnie pozbawiony estetyki, wymiar mojej kobiecości. 

Przyszło na świat, wiadomo: takie śliczne różowiutkie maleństwo z maleńkimi stópkami i słodkimi rączkami, którego urodę i niesamowite blond włosy opiewały nawet najmniej wrażliwe staruchy.

Czas mijał i w przeciągu niespełna roku to pulchniutkie maleństwo, dla którego pierś matki była całym światem, zmieniło się w cyborga uwielbiającego wszelkie technologiczne zabawki i gadżety.
Czy ma to związek z tym, że nawet jego narodzinom towarzyszyło miarowe stukanie mojej klawiatury?
Wątpię, ale bawi mnie taki trochę baśniowy związek przyczynowy.

Mój synek należy do dzieci epoki cyfrowej, ery 2.0, okresu touchscreen, zwijcie go jak chcecie, problem w tym, że jest to generacja, której wychowanie martwi nas bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo jeszcze nie wiemy, jak ustosunkować się do nowości technologicznych.
Nasze dzieci są pod tym względem szczurami doświadczalnymi, to dzięki nim dopiero za kilkanaście lat będzie możliwa odpowiedź pytania takie jak:

Kiedy pozwolić dziecku na zabawę komputerem/telefonem/tabletem?
Jak ustosunkować się do technologii?
Jak pogodzić radość z poznawania otaczającego nas świata z atrakcyjnością gier komputerowych?
Czy w epoce ekranów ma jeszcze sens przekonywać dziecko o wyższości słowa drukowanego?

Pytań i wątpliwości jest oczywiście dużo więcej, odpowiedzi brak.
Tutaj podzielę się moją osobistą opinią, której zresztą nie zamierzam zaciekle bronić, bo tak naprawdę chciałabym poznać wasze szczere zdanie i ewentualnie coś zmienić:

1. Staram się, aby procent czasu spędzony przez mojego synka przed ekranem był bardzo niski w stosunku do czasu spędzonego na interakcjach ze “światem realnym”.

2. Nie podchodzę do technologii jak do zła koniecznego, chociaż świadomość, że uzależnienie od gier komputerowych i portali społecznościowych jest chorobą naszych czasów motywuje mnie do zachowania środków ostrożności.

3. Nie kieruję się strachem przed popełnieniem błędu tylko chęcią “zrobienia jak najlepiej”.

Konkretnie wygląda to tak:

Bajki
Czytamy książeczki i bawimy się w teatrzyki, gdzie Nicko najchętniej odgrywa rolę strasznego wilka. Prawie nie włączam telewizji, ale pozwalam Nicko oglądać bajki na komputerze, bo tam są po polsku.
Ograniczenie jest czasowe: dzieci do roku nie powinny w ogóle oglądać bajek (moje oglądało, ale tylko w sytuacjach podbramkowych), natomiast dzieci do trzeciego roku życia nie powinny oglądać bajek dłużej niż przez pół godziny dziennie (to mi się prawie udaje, nie zawsze, ale staram się jak mogę).

Gry
Mamy całą masę gier, puzzli i klocków (nie tylko Lego, ale też drewnianych), ale wgrałam w mój telefon i w iPada gry edukacyjne dla Nicko. Tak, istnieją gry dla rocznych i dwuletnich dzieci.

gry komputerowe dla małych dzieci
Mówiący Miś
Jest grą edukacyjną dla dzieci uczących się mówić. Ten słodki miś fascynuje maluchy, bo powtarza dokładnie wszystko, co mówią, stając się doskonałym bodźcem stymulującym rozwój mowy. Nicko był zachwycony i zanosił się śmiechem za każdym razem, kiedy misio powtarzał echem jego nieśmiałe “eeee” i “mama”.





gry komputerowe dla małych dzieci
Mówiący Pinokio
Trochę bardziej rozwinięta wersja z misiem. Pinokio nastawia ucha przysłuchując się wypowiedzi dziecka, którą powtarza, ale oprócz tego robi mnóstwo zabawnych rzeczy: łowi rybkę z akwarium, wyjmuje zabawki ze skrzyni i gra na flecie.








gry komputerowe dla małych dzieci
Ułóż w rzędzie
W tej grze możemy układać w rzędzie trzy przedmioty: znalezienie trzech jednakowych przedmiotów jest kombinacją, która pozwala przejść do następnego zestawu. Alternatywą jest cyfrowe memory, którego największą zaletą jest, że nie pogubimy elementów).


gry komputerowe dla małych dzieci

Zwierzęta i instrumenty
Wystarczy wybrać paluszkiem interesujące nas zwierzę, przedmiot, czy instrument, a słyszymy dźwięk, który produkuje i lektor mówi nam jego nazwę.







Gier oczywiście jest więcej, bo dla ich producentów dzieci to bardzo interesujący target. Pracowicie tworzą więc dla nich piąty wymiar: świat wirtualny, stawiając nas, pionierską generację rodziców, przed niesamowicie ambitnym wyzwaniem: wychowanie cyfrowych dzieci ery 2.0.
Dla większości z nas to grząski teren, który sami dopiero poznajemy, więc z jednej strony towarzyszy nam ekscytacja z odkrywania, a z drugiej strach przed nieznanym.
Otuchy dodaje mi jednak fakt, że nie powiodła się próba zastąpienia drewnianych zabawek plastikowymi, a plastikowych mechanicznymi na baterie. Świat jest coraz bogatszy, nasze doświadczenia coraz bardziej urozmaicone, a piąty wymiar jest jego kolejną częścią, pełnowartościową, ale tylko częścią.

czwartek, 15 maja 2014

Bunt dwulatka - nie taki diabeł straszny

Mój synek ma dzisiaj 2 lata, 6 miesięcy i 5 dni. Bunt dwulatka przeszłam na własnej skórze i doskonale pamiętam, jak bardzo się go bałam. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, bo dzięki wprowadzeniu w życie kilku porad psychologów i prostych do opanowania sztuczek, udało nam się przez niego przebrnąć w miarę bezboleśnie i, co najważniejsze, bez ofiar w ludziach.

Dzieci mówią “Nie!”

To pierwszy objaw zbliżającego się nieuchronnie buntu dwulatka.
Ile razy powiedzieliśmy: “nie”, “nie rób tego”, “nie wolno”, “nie ruszaj”? Sto? Tysiąc? Milion? Teraz więc, kiedy dziecko stawia kolejny krok ku niezależności, nie ma co się dziwić, że cokolwiek mu nie zaproponujemy odpowiedź będzie "nie".
Czy mamy się temu biernie przyglądać i przeczekać etap?
Oczywiście, że nie! Jednocześnie jednak nie możemy dziecku na wszystko pozwalać, bo tak naprawdę dla jego poczucia bezpieczeństwa ważne są zasady i jasno postawione granice.
Co więc możemy zrobić?
To nie jest trudne: wystarczy unikać tak zwanych pytań zamkniętych, na które odpowiedź będzie “tak” albo “nie”. Zamiast pytać: “idziemy spać?”, lepiej przeformułować pytanie i powiedzieć: “idziemy spać teraz, czy po przeczytaniu bajki?” Dziecko prawie napewno odpowie, że po przeczytaniu bajki i będzie miało poczucie, że to ono podjęło decyzję, ale w rzeczywistości zrobi dokładnie to, co chcieliśmy (tak na marginesie: ta zasada doskonale sprawdza się też z facetami). Czytamy bajkę, a po zamknięciu książki kładziemy dziecko do łóżeczka. Kluczem do sukcesu jest tutaj konsekwencja: była umowa, to trzeba jej przestrzegać.

Dzieci się złoszczą

Dlaczego mamy problem ze złością? Bo w przeciwieństwie do innych emocji, jest uważana za negatywną i często kuszącym rozwiązaniem jest jej negacja albo stłumienie. Gdyby nie miała opinii drugorzędnej emocji, której pojawienie się jest równoznaczne z byciem “złym człowiekiem”, prawdopodobnie kolejki do psychoterapeutów byłyby zdecydowanie krótsze.
O złości dziecka napisano tomy książek. Paradoksalnie podstawowym problemem jest, czy pozwolić dziecku na jej wyrażenie? Przy takim ujęciu problemu odkrywcze staje się więc stwierdzenie, że dziecko to też człowiek: dorosły w miniaturowym ciele i z mniejszym doświadczeniem, ale pełnowartościowy.
Może więc odczuwać złość i ma do tego prawo.
Czasami być może jej powody nie są dla nas zrozumiałe: dlaczego się złości, że otworzyliśmy jogurt? Przecież chciał go zjeść! A tu atak płaczu, bo on chciał inny jogurt, taki sam jak ten, który otworzyliśmy, ale że stał obok, to dla niego jest inny. Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to aż tak bardzo. Myślę, że czasami nasze powody do złości są dla dzieci tak samo niezrozumiałe: dlaczego mama krzyczy, powinna się cieszyć widząc jak ja świetnie się bawię pluskając w kałużach (mama Peppy to uwielbia i sama wskakuje we wszystkie kałuże). Nie da się ukryć: mamy z dziećmi małe problemy wynikające z rozbieżności priorytetów.
W czym jest więc problem?
W sposobie, w jaki tę złość wyrażają. Każdy z nas, co najmniej raz w życiu, widział rowrzeszczanego dwulatka skręcającego się konwulsyjnie na podłodze, walącego pięściami w co popadnie i rzucającego wszystkim, co znajdzie pod ręką. Pamiętajmy, że dzieci nie robią tego złośliwie, one niczego nie pragną bardziej niż bycia grzecznymi i kochanymi maluchami, ale czasami nie wiedzą, jak to osiągnąć i naszym zadaniem jest je tego nauczyć.

Co robić, kiedy nasze słodkie maleństwo przeradza się w opętanego bachora?
Sprawdzone przeze mnie rozwiązanie, gorąco polecane przez specjalistów ogranicza się do trzech liter: NIC. Zignorować. Poczekać, aż przejdzie, a nie potrwa to długo jeśli dziecko zobaczy, że nie zrobiło na nas wrażenia. Nicko tylko kilka razy w przypływie desperacji rzucił się na podłogę i udawał, że płacze. Za każdym razem co jakiś czas zerkał w moją stronę sprawdzając, co robię podczas gdy on cierpi tak bardzo, że już bardziej się nie da. Widząc jednak, że nie ruszyłam się ani o centymetr i nie przerwałam mojego zajęcia, wstawał i przychodził do mnie, a ja dopiero wtedy zaczynałam z nim rozmawiać: "Dobra, widzę, że jesteś spokojny, więc proszę, to jest twój jogurt."(ten sam jogurt, o który była awantura. Nie mylić z nagrodą za uspokojenie się, bo takiej nie daję)
Ignorując dziecko i kontynułując nasze zajęcie pozwalamy mu zrozumieć, że jego kaprys nie jest dla nas ważny, że jesteśmy spokojni i pogodni, więc jeśli ma zamiar płakać i rozpaczać, to nie jest to nasz problem. Natomiast z czasem, nasz spokój i pewność siebie pozwolą mu ugruntować taką właśnie postawę w stosunku do wszystkich codziennych problemów z przekonaniem, że można je rozwiązać pozytywnie.
UWAGA, to dosyć banalne, ale warto przypomnieć: dzieci uczą się przez naśladowanie, więc obserwując jak my wyrażamy złość z czasem nauczą się i powtórzą nasze schematy.

Królowa stoickiego spokoju:


środa, 30 kwietnia 2014

Matki w piaskownicy

Gdzie najczęściej spotkać możemy inne mamy?
W piaskownicy! Po zmianie statusu z kobiety na matkę, to właśnie place zabaw i parki stają się centrum naszego życia towarzyskiego. Popołudniowe wypady do parku zastępują wyjścia na imprezy i nasz nowy look dopasować się musi do obowiązującego dress codu - ubrania wygodne, niekoniecznie dobrane kolorystycznie, ale w miarę możliwości czyste.

O czym rozmawiają matki na placach zabaw?

O dzieciach. Rzadko która odważy się poruszyć jakiś inny temat.
Kosmetyki, lepiej nie, bo wyjdę na próżną.
Teatr, kino - do uniknięcia, bo będą patrzeć się na mnie jak na wyrodną matkę, która porzuca dziecko wieczorem, żeby obejrzeć jakiś film. Może na dodatek zwykłą, przygłupawą komedię, która nie wesprze rozwoju osobistego, a co najwyżej zrelaksuje. No a na relaks kosztem dziecka może zdecydować się przecież tylko wyrodna matka.
Polityka: nie wchodzi w grę, bo wezmą mnie za heretyczkę i wykluczą z grupy skazując na izolację. Nie tylko mnie, mojego synka też.

Jak rozmawiają matki o dzieciach?

Tutaj zasada jest bardzo podstawowa, instynktownie przyjęta przez 100% uczestniczek: Każda sroka swój ogonek chwali.
Mama Antka: Jeszcze zanim skończył roczek mówił mama, tata i baba, a zaraz potem nauczył się mówić: proszę, dziękuję i przepraszam. Takie ma dobre maniery!
Mama Marysi: Właśnie się nauczyła liczyć do dziesięciu... - a widząc, że nie robi to wrażenia, dodaje z przekonaniem - po angielsku - Spotyka się z wyrazami uznania i z radością dostrzega ukłucie zazdrości w oczach innych mam. Usatysfakcjonowana wstaje, woła swojego małego geniusza i wraca do domu gotować obiad dla pana Dulskiego, alias męża.

Czy są matki, które mówią inaczej?
Są. Zawsze się znajdzie jakiś biały kruk, który wyłamie się z chóru.
Jest nim na przykład Joanna Woźniczko-Czeczott, autorka książki “Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego”, w której bez owijania w bawełnę publicznie obala mit macierzyństwa jako cudownej przygody z rozkosznym i pulchniutkim bobaskiem.

“Z tą książką jest jak z dzieckiem. Nie chcesz jej zacząć czytać, bo wiesz, czego się spodziewać. I to się nawet potwierdza, ale i tak już nie możesz przestać. Rzadko się zdarza, by obalona królowa tak lekko i tak szczerze opowiadała o tym, jak ucięto jej głowę”.
Tomasz Kwaśniewski

To najtrafniejsza moim zdaniem recenzja książki. Ja też długo zwlekałam myśląc: po co mam czytać o cudzych frustracjach, skoro mam swoje? Tymczasem opowieść “zatracego w kurniku domowego nielota” na macierzyńskim stała się dla mnie intrygującym doświadczeniem terapeutycznym. Autorka nie boi się przyznać do błędów, porażek czy trudności. Nie unika tematów takich jak bajka o równouprawnieniu, możliwości realizacji zawodowej młodych matek czy przesiew w relacjach z niedzieciatymi. Osobiście dołączyłabym jej książkę do lektur obowiązkowych dla przyszłych mam jak również dla tych, które czują, że schemat idealnej matki jeszcze bardziej idealnego dziecka jest dla nich przyciasny.

Macierzyństwo non-fiction


czwartek, 24 kwietnia 2014

Wybiórcza percepcja

Odkąd jestem mamą, stałam się mistrzynią tak zwanej wybiórczej percepcji. Są rzeczy, których po prostu nie widzę, nie słyszę i które moja świadomość zwyczajnie ignoruje. Dlaczego? Żeby przetrwać! Gdybym widziała wystawy z elganckimi ciuchami, których nie mam już gdzie założyć, z butami na wysokich obcasach, w których nie mogłabym biegać za dzieckiem po placu zabaw, czy też ślady małych tłustych łapek na świeżo umytych oknach i drzwiach, pewnie żyłabym z ciągłą frustracją. A tak: oczy nie widzą i sercu nie żal.
Tyle tylko, że czasami taka wybiórcza percepcja nie jest skutecznym mechanizmem obronnym mojego ego. Czasami warto byłoby zauważyć coś, obok czego przeszło się obojętnie tysiąc razy.
Zdarzyło mi się to kilka dni temu, kiedy poszłam z Nicko do tutejszego klubu malucha. Wisi tam oprawiony w ramkę tekst, na którego nigdy nie zwróciłam uwagi, przekonana, że to tylko regulamin (po co komu czytać regulaminy, przecież wiadomo, że w klubach dziecka jedyną mającą sens zasadą jest: “ratuj się kto może”). Tymczasem, kiedy stanęłam pod ramką, znalazłam bardzo interesujący tekst, który wydał mi się tak ważny, że postanowiłam go przetłumaczyć i tutaj udostępnić.

Dzieci uczą się tego, czym żyją
(Dorothy Law Nolte)
Jeśli dziecko żyje z krytyką, uczy się potępiać
Jeśli dziecko żyje z wrogością, uczy się atakować
Jeśli dziecko żyje ze strachem, uczy się bycia pełnym obaw
Jeśli dziecko żyje z litością, uczy się użalania nad sobą
Jeśli dziecko żyje z kpiną, uczy się bycia nieśmiałym
Jeśli dziecko żyje z zazdością, uczy się bycia zawistnym
Jeśli dziecko żyje ze wstydem, uczy się czuć winnym
Jeśli dziecko żyje z zachętą, uczy się bycia pewnym siebie
Jeśli dziecko żyje z tolerancją, uczy się bycia cierpliwym
Jeśli dziecko żyje z pochwałą, uczy się doceniać
Jeśli dziecko żyje z akceptacją, uczy się kochać
Jeśli dziecko żyje z aprobatą, uczy się podobać się sobie
Jeśli dziecko żyje z uznaniem, uczy się, że dobrze jest mieć cel
Jeśli dziecko żyje z dzieleniem się, uczy się bycia hojnym
Jeśli dziecko żyje z uczciwością, uczy się szczerości
Jeśli dziecko żyje ze szlachetnością, uczy się czym jest sprawiedliwość
Jeśli dziecko żyje z życzliwością i troską, uczy się szacunku
Jeśli dziecko żyje z poczuciem bezpieczeństwa, uczy się wiary w siebie i w bliźnich
Jeśli dziecko żyje z wyrozumiałością, uczy się, że świat, w którym żyje jest pięknym miejscem
Jeśli żyjesz z pogodą ducha, twoje dziecko będzie żyło ze spokojem wewnętrznym

Z czym żyje twoje dziecko?


percepcja wybiórcza

Dla mam włoskojęzycznych dołączam oryginalny tekst z ramki:

I bambini imparano ciò che vivono
Se un bambino vive con le critiche, impara a condannare
Se un bambino vive con l’ostilità, impara ad aggredire
Se un bambino vive con il timore, impara ad essere apprensivo
Se un bambino vive con la pietà, impara a commiserarsi
Se un bambino vive con lo scherno, impara ad essere timido
Se un bambino vive con la gelosia, impara a provare invidia
Se un bambino vive con la vergogna, impara a sentirsi colpevole
Se un bambino vive con l’incoraggiamento, impara a essere sicuro di sé
Se un bambino vive con la tolleranza, impara ad essere paziente
Se un bambino vive con la lode, impara ad apprezzare
Se un bambino vive con l’accettazione, impara ad amare
Se un bambino vive con l’approvazione, impara a piacersi
Se un bambino vive con il riconoscimento, impara che è bene avere un obiettivo
Se un bambino vive con la condivisione, impara ad essere generoso
Se un bambino vive con l’onestà, impara a essere sincero
Se un bambino vive con la correttezza, impara cos’è la giustizia
Se un bambino vive con la gentilezza e la considerazione, impara il rispetto
Se un bambino vive con la sicurezza, impara ad avere fiducia in sé stesso e nel prossimo
Se un bambino vive con vive con la benevolenza, impara che il mondo è un bel posto in cui vivere
Se vivi con serenità, il tuo bambino vivrà con la pace dello spirito

Con che cosa sta vivendo il tuo bambino?

środa, 16 kwietnia 2014

Nie rób tego! vs No dobra, spróbuj!

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak Nicko wspina się na krzesło, zawahałam się przez chwilę pomiędzy “Nie rób tego!” a “No dobra, spróbuj!” Podobnie było, kiedy po raz pierwszy zaczął wdrapywać się na schody, samodzielnie jeść łyżeczką i pomagać mi mieszać gotujący się sos do makaronu. Prawie za każdym razem instynktownie czułam potrzebę uchronienia dziecka przed “niebezpieczeństwem”, ale przez ściśnięte zęby i z jeszcze bardziej ściśniętym gardłem wydawałam z siebie dźwięk, który odpowiednio zinterpretowany przypominał “No dobra, spróbuj!”. Nie było to odważne: “próbuj, dasz radę”, bo grubo podszyte strachem o konsekwencje, ale dziecku to bez różnicy: jak wolno, to wolno!
Kiedy Nicko uczył się chodzić ciągle upadał albo w coś uderzał. Każdy tak ma. Wszyscy powtarzają ci w koło, że to normalne, że dziecko musi sto razy upaść zanim nauczy się chodzić. A jednak, pomimo tego, ty kochająca matka na widok upadku gotowa jesteś pokonać tor przeszkód, przebiec gołymi stopami po dziesiątkach porozrzucanych zabawek, żeby jak najszybciej pomóc dziecku wstać i je przytulić.
Gdyby to był odcinek “Było sobie życie” to pewnie opis sytuacji wyglądałby tak: Dziecko upada, ciało migdałowe matki w ułamek sekundy wysyła do mózgu impuls: goń na ratunek! Stamtąd natychmiast rusza dawka adrenaliny, która spina odpowiednie mięśnie i skręca żołądek (pewnie znacie to uczucie).
Cała sztuka polega na tym, żeby nie zapomnieć o wzięciu głębokiego oddechu. To tylko chwila, ale często potrzebna na racjonalną ocenę sytuacji. Ta z kolei prowadzi do odprężenia i rozluźnienia mięśni, bo często się okazuje, że dziecku nic się nie stało, wstaje samodzielnie, otrzepuje kolana i biegnie dalej.
Tak właśnie dziecko uczy się nie tylko, że jeśli się nie uważa, to łatwo upaść, ale przede wszystkim, że może samo wstać i nie potrzebuje nikogo, nawet tej ukochanej mamy, która drży w kącie o jego życie, żeby z upadku się podnieść.
Inną sytuacją, w której walczyłam z instynktem było, kiedy Nicko dostawał jakiś prezent. Odzywało się wtedy we mnie moje wewnętrzne dziecko bez grama cierpliwości. Powiem szczerze, musiałam się nauczyć zbijania rąk w pięści, żeby nie ulec pokusie rozerwania papieru opakunkowego na kawałki. Na szczęście dwuletnie doświadczenie nauczyło mnie z przyjemnością patrzeć jak Nicko powoli dostaje się do sedna (co samo w sobie jest świetną zabawą) i jak powoli zaczyna odkrywać nowy przedmiot. Teraz nie pokazuję mu już, jak działa dana zabawka, chociaż każdego rodzica świeżbią ręce, żeby pokazać, gdzie się wciska przyciski i jaki jest efekt. Nauczyłam się pozwolić mu obwąchać, spróbować, i samemu odkryć do czego służy i jakie ma możliwości każda nowa zabawka. Czasami tylko włączę przycisk “on”, ale to tak, żeby nie zauważył.
Codziennie więc uczę się bycia mamą z dystansem, bo jak widać, nie jest to wcale wrodzone. Czytałam, że dziecko samodzielnie rozwiązując problemy i radząc sobie z frustracja nabiera wiary w siebie i buduje w sobie wysokie poczucie własnej wartości. Nie wiem, czy to prawda, ale cieszy mnie, kiedy widzę, że Nicko wierzy we własne możliwości i nie biegnie do mnie za każdym razem, kiedy się w coś stuknie ani nie chce być wyręczany, kiedy nie udaje mu się połączyć dwóch klocków albo równo nakleić naklejki. Próbuje, męczy się i denerwuje, aż w końcu podnosi wzrok i triumfalnie pokazuje mi, że mu się udało.
Tutaj na myśl przychodzi mi Budująca Mama, której pasją jest rozwiązywanie zagadek matematycznych. Napewno zanim wpadnie na rozwiązania, trochę się pomęczy, a może nawet spoci, ale że jest to jej ulubione zajęcie i ma z niego dużo satysfakcji, nikomu nie przyszło by do głowy, żeby podsunąć jej kartkę z gotowym rozwiązaniem!
Dlaczego więc robimy tak z dziećmi? Bo są małe i naturalnie przychodzi nam chęć uchronienia ich przed frustracją i chociaż na pozór nie ma w tym nic złego, to jak często są to tylko dobre intencje, którym brakuje realnej podstawy?

było sobie życie



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Do szkoły z Reksiem

Co robi inteligentna matka kiedy nie ma większych problemów? Idzie na kawę, czyta książkę albo leży do góry brzuchem i po prostu cieszy się życiem.
Co robię ja, kiedy nie mam większych problemów? Mobilizuję wszystkie moje kreatywne szare komórki, żeby jakiś problem sobie znaleźć!
Ostatnio okazało się, że mój ukochany szczeniaczek, który tak bardzo pomógł mi w utrzymaniu porządku w mieszkaniu (o czym pisałam tutaj) potrzebuje kilku lekcji wychowawczych.
Niby standardowa procedura, każdy pies powinien nauczyć się grzecznie chodzić przy nodze i słuchać poleceń właściciela. Skoro jednak ja o edukacji czworonogów wiem jeszcze mniej niż o wychowaniu ich dwunożnych odpowiedników, musiałam udać się z Reksiem do “szkoły”.
Zaczęło się przyjemnie, odrobiną teorii: pies jest zwierzęciem stadnym i potrzebuje odpowiedniej figury odniesienia, tak zwanego przewodnika stada. Przewodnik stada to zwierzę, które dla dobra grupy podejmuje decyzje, ustala prawa i konsekwentnie wymaga od pozostałych członków ich przestrzegania.
Wszystko jasne? Jak najbardziej. Do tego jakie logiczne!
Chwilę później okazało się, że ponieważ stadem Reksia jest moja rodzina, to ja powinnam pełnić rolę przewodnika, pomimo że mam tylko dwie nogi i nie warczę. I tu zaczęły się problemy.
Skoro to ja jestem szefem, to znaczy, że to ja decyduję, co, jak i kiedy, ale przede wszytkim, to ja jestem za wszystko odpowiedzialna, więc to mnie strofuje nauczycielka. No bo przecież tego kochanego “puci puci” pieska!
Tak więc przez pół godziny z anielską cierpliwością uczyłam się nakłaniać psa do odpowiednich zachowań, których on ni w ząb nie chciał przyjąć. Z uśmiechem na ustach znosiłam setki uwag nauczycielki, która ciągle mnie poprawiała, bo pies był rozkojarzony, bo mnie ignorował, bo niedokładnie wykonywał polecenia...
Wyszłam z lekcji z przekonaniem, że nie posiadam cech przewodnika stada i chciałam na chwilę zapomnieć o psie, któremu właśnie udało się obniżyć lekko moją samoocenę. Obmyślałam sobie półprawdy, które opowiem w domu zapytana o pierwszą lekcję - przecież w życiu bym się nie przyznała, że nie byłam w stanie wyegzekwować od sześciomiesięcznego szczeniaczka nawet najprostrzego zadania.
Tymczasem Reksio, na dźwięk zamykającej się za nami furtki, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, nagle zaczął zachowywać się przyzwoicie. Nie musiałam mu nic mówić ani kusić smakowitymi kąskami, sam zaczął iść spokojnie przy mojej nodze, wpatrzony we mnie jak w święty obrazek, a kiedy zatrzymałam się przed samochodem, nie szarpał, nie biegał, tylko grzecznie usiadł, czekając aż otworzę mu drzwi.
Wyglądało to podejrzanie: jak mi się obrywało na lekcji to nie chciał współpracować, a chwilę później kiedy nie było nikogo kto by mnie pochwalił nagle zmienił się w ideał? Co za złośliwość!
Spojrzałam mu w oczy i zapytałam: czy ty w poprzednim życiu nie byłeś przypadkiem czyjąś teściową? Jeśli tak, to szykuj się na zemstę!
I napewno mnie nie wzruszy to twoje słodkie spojrzenie...

Reksio

Reksio

Reksio

poniedziałek, 31 marca 2014

Kosmonautka

To, że wszyscy jesteśmy równi, ale faceci są równiejsi, to żadna tajemnica.
Powszechnie wiadomo również, że dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje.
A jednak pomimo totalnej  świadomości tych banalnych prawd, kilka dni temu zdarzyło się coś, co spadło na moją spokojną głowę peace and love jak grom z jasnego nieba.
Od zawsze staram się, żeby mój cudowny mały synek nie wyrósł na seksistowską świnię, bo w ramach pokuty dobrowolnie skazałabym się na noszenie pokrzyw pod koszulą, klęczenie na grochu i sypanie solą na otwarte rany (innych wykonalnych obecnie tortur średniowiecznych nie pamiętam).
Robię więc, co mogę: proszę dziecko o pomoc w kuchni, bo gary nie są tylko dla bab, cierpliwie znoszę jego kreatywne próby zamiatania i odkurzania podłogi, bo liczą się dobre intencje, nie złoszczę się gdy przy wyjmowaniu zakupów wszystkie owoce wysypują się na podłogę, bo ważniejsza jest współpraca i codziennie uważam, żeby przekazać mu odpowiednie wartości i podejście do życia.
A co robi dziecko? Ze stoickim spokojem patrzy na moje zacięte próby wychowania go na dobrego mężczyznę, bawi się przy tym świetnie, ale przede wszystkim OBSERWUJE. Obserwuje wszystko i wszystkich, dostrzega szczegóły, których oko ludzkie nie widzi.
Obserwuje i czeka. Czeka na moment, kiedy ja, matka wyposażona w zwapniałe dorosłe zmysły stoję w kolejce w sklepie, gapiąc się bezmyślnie w pustkę.
Puk, puk.
Nicko puka mi w ramię, patrząc z zakłopotaniem i szepcze na ucho: “Mamo, to nie jest pani, to jest pan”.
Spojrzałam na dziecko, potem w stronę kasy, gdzie rzeczywiście siedział mężczyzna, i zaniemówiłam.
Nagle zrozumiałam, że już nawet dla dwulatka jest zupełnie oczywiste, że kasjerka to zawód dla kobiety!
Chwila zastanowienia, dziecko czekało na wyjaśnienie sytuacji, a ja jedyne, co zdołałam z siebie wyksztusić to: “Widzisz synku, panowie mają dwie rączki, tak samo jak panie, i też mogą przekładać produkty i liczyć pieniążki”.
Wyszłam z supermarketu z postanowieniem, że dla dobra dziecka i dla czystości mojego sumienia będę częściej robiła tam zakupy.
Z tego samego powodu zdecydowałam się też kupić ostatnio wydaną książkę pod tytułem “Kosmonautka”. Jej wydawca, Dominika Żukowska, szukała dla swojej córki książeczek, w których wybór żeńskich zawodów nie ograniczałby się do kucharki, sprzedawczyni i nauczycielki. A że nie mogła takiej publikacji znaleźć, to ją stworzyła, wypełniając w ten sposób ważną obecnie lukę. Bohaterkami książki są mamy, które obok tytułowej kosmonautki, wykonują zawody takie jak architektka, czy pastorka. W sumie niestereotypowych kobiecych zawodów jest dwanaście, a myślą przewodnią lektury jest zachęcenie naszych dzieci do odważnego realizowania swoich marzeń, bez względu na płeć.
Myślę, że warto, żeby Kosmonautka znalazła się na półkach nie tylko w pokojach dziewczynek.
Więcej informacji o książce znajdziecie tutaj, i  tutaj.

Kosmonautka

poniedziałek, 24 marca 2014

Dlaczego nasze mrówki zawsze idą w dół?

Do naszego domu prowadzi 18 schodów.
Ich pokonanie zajmuje nam przeciętnie cztery i pół minuty, co daje średnią 15 sekund na schodek.
Nie jest źle. Przy korzystnych warunkach atmosferycznych mielibyśmy szansę wygrać wyścig z żółwiem. Olè!
Najlepsze jest to, że zawsze zdarzy się coś ciekawego. Na przykład Nicko w połowie wspinaczki zauważy mrówkę, która sama nawet nie wie skąd i dokąd idzie, ale oczywiście nie wchodzi tylko schodzi...
No to my za nią (rzecz jasna w mrówczym tempie) obserwując uważnie każdy ruch jej malusieńkich nóżek.
Poddaję się sytuacji, która dla Nicko stała się nagle całym jego światem.
Nie myślę, że właśnie wróciliśmy z zakupów obładowani torbami, ani że za chwilę będzie trzeba ugotować coś na szybko, bo już późno.
Przez krótką chwilę, jesteśmy naprawdę tu i teraz. My i ta mała mrówka sierota.
Wreszcie, po dwóch stopniach, Nicko postanawia sprawdzić wytrzymałość małej wędrowniczki na zgniecenie paluszkiem, a ja tłumaczę, że tak nie wolno, bo ona pewnie idzie do domu, gdzie czeka na nią mama. My też lepiej zrobimy, jak weźmiemy z niej przykład.
Od nowa wdrapujemy się na górę.
Uśmiecham się do siebie i całuję Nicko dziękując za kolejną lekcję o życiu i jego urokach z perpektywy 96 centymetrów.

rozwój dwulatka

poniedziałek, 3 marca 2014

Nabić matkę w butelkę - zabawka edukacyjna

Kupiłam idealną zabawkę edukacyjną, taką, którą każda mama chciałaby dla swojej pociechy: stymulującą kreatywność, prostą w obsłudze i do tego tanią (tylko 4,99€). Wyglądała niepozornie, ale za to bardzo kolorowo, więc wrzuciłam do wózka z entuzjazmem.
Według książeczki obsługi z kolorowych części można wykonać niezliczone cuda:








Przez całą drogę powrotną ze sklepu snuliśmy z Nicko plany o arcydziełach, które zrealizujemy z kolorowych elementów. Nicko chciał ogromny samolot, koparkę i rakietę, a ja chciałam krokodyla, ludzika i samochód dla lalek.
Kiedy wróciliśmy do domu byliśmy już tak nakręceni krążącymi nam po głowach projektami, że czuliśmy się jak Michelangelo i Da Vinci zlani w jednego najdoskonalszego rzeźbiarza wrzechczasów: ja, rozmarzona matka i mój dwuletni wspólnik.
Z zapałem typowym dla bujających w obłokach entuzjastów, wyrzuciliśmy na podłogę wszystkie kolorowe kulki i zabraliśmy się do pracy.
Moczyliśmy chrupki przyciskając je do mokrej gąbki dołączonej do zestawu i sklejaliśmy bez opamiętania. Chciałam zaimponować Nicko, wzbudzić jego podziw, być supermamą, która jak MacGyver buduje z niczego rakietę i wystrzela ją w kosmos.



Szybko przekonałam się jednak, że nie tylko złożenie skomplikowanych przedmiotów 3D przekraczało moje zdolności, ale nawet proste rzeczy nie wychodziły mi tak jak chciałam.
Moje ukochane ego podbudowane postem o różach skuliło się w kącie, a moja wizja siebie jako kreatywnej matki roztrzaskała się z hukiem o marmurową podłogę.
Uświadomiłam sobie, że stałam się ofiarą chwytu marketingowego: żadna matka przy zdrowych zmysłach nie kupiłaby przecież pudełka z kolorowymi chrupkami kukurydzianymi za 4,99€, ale jeśli jest do nich dołączona książeczka obiecująca cuda niewidy, to już zupełnie inna sprawa!  
Podjęłam jeszcze kilka ambitnych prób zbudowania czegośtam, ale w końcu rozczarowana musiałam zaakceptować porażkę i zadowolić się ułożeniem jedynie bardzo podstawowego węża (ale za to z oczkami), śmiesznego kwiatka i koślawego domku bez drzwi, bo miejsca starczyło tylko na okno.




Humor poprawił mi dopiero Nicko, który zupełnie nie odczuł porażki. Dla niego nie miało znaczenia, że nie zrobił samolotu czy koparki, nie interesowało go dokonywanie zapierających dech w piersiach wyczynów, wolał prostu cieszyć się odkrywaniem otaczającego go świata. A chrupki były super kolorowe, super gniotkowe i super wyrzutowe.
I moje biedne ego znowu dostało po nosie: droga mamo, zabawki są dla dzieci, a określenie "edukacyjne" w wolnym tłumaczeniu znaczy: siadaj na swoim miejscu i ucz się od dziecka radości życia!



środa, 26 lutego 2014

To nielogiczne!

Pewien chłop miał siedmioro dzieci i kiedy wracał do domu po ciężkim dniu pracy, nigdy nie było posprzątane ani ugotowane, dzieciaki wrzeszczały bez opamiętania, a żona była... powiedzmy... nerwowa (każdy może wstawić swój ulubiony synonim).
Wreszcie chłop postanowił poprosić o radę proboszcza, który był jedynym wykształconym mieszkańcem wsi.
Po wysłuchaniu narzekań proboszcz bez zbędnych wywodów powiedział: "Kup sobie kozę."
Rozwiązanie to wydawało się chłopu dość dziwaczne, ale darzył proboszcza całkowitym zaufaniem i następnego dnia kupił kozę.
Minął tydzień, ale sytuacja w domu nie zmieniła się. Nadal kiedy wracał dzieciaki wrzeszczały, żona była “nerwowa”, obiadu nikt mu nie stawiał na stole i jeszcze koza dokładała swoje. 
Wrócił więc chłop do proboszcza i mówi: “Zrobiłem jak mi ksiądz proboszcz doradził, ale niestety jest tylko gorzej, koza dom mi do góry nogami przewraca! Zjadła wszystkie poduszki, obgryzła stołki, pobiła talerze, a na dodatek ma pchły”
“To sprzedaj pan kozę” - odpowiedział krótko proboszcz.
Chłop zrobił jak mu doradzono. Po tygodniu wraca na parafię cały w skowronkach i mówi do proboszcza: “Nie wiem, jak mam księdzu dziękować, taki ksiądz mądry i tak dobrze mi doradził. Sprzedałem kozę i wszystko wróciło do normy, w gruncie rzeczy nie jest mi wcale aż tak źle”.

To jedna z moich ulubionych historyjek "z morałem". A umieszczam ją na blogu, bo jakiś czas temu pisałam posta, w którym narzekałam, że mam w domu bałagan i że desperancko poszukuję rozwiązania. 
Minęło kilka tygodni i co? I mam psa!!!


No właśnie, jak ten chłop z historyjki...Tylko że ja nawet nie musiałam iść do proboszcza z prośbą o radę, sama taka genialna jestem! 
Na szczęście okazało się, że rzeczywistość ma więcej fantazji niż autorzy pouczających opowiastek, bo już sam proces adaptacyjny Reksia (jedynego we Włoszech psa o takim imieniu) był kompletnie nieprzewidywalny.   

Stadium 1 podejrzany intruz
Reksio jest śliczny, słodki i co tam jeszcze chcecie, ale zdecydowanie nie ma daru zjednywania sobie ludzi. 
Już pięć minut po wejściu do domu zaznaczył swoje terytorium, a zanim ja zdąrzyłam chwycić po ścierkę, Nicko centralnie wpadł pupą do kałuży.
"No to chrzest mamy już za sobą" skomentowałam.
 Po tym wypadku Nicko ograniczał się do kontrolowania podejrzliwym wzrokiem każdego posunięcia nowego współlokatora i z teatralnym oburzeniem reagował na ewentualne zainteresowanie psa jego zabawkami. 
Kategorycznie przestrzegał wprowadzonej ad hoc zasady: "co moje to moje", a dla pewności sam też zrezygnował z zabawy i spędził całe popołudnie czytając książeczki (co w sumie nawet mi się podobało). 



Stadium 2 co twoje to moje
Nowe prawo, ustalone po cichu i niepisemnie mówiło: "co moje to moje, a co twoje, to też moje". Nicko zaczął bawić się z Reksiem, ale tylko zabawkami psa. 
Uznałam to za pomyślny znak, przynajmniej zaczęli jakąś interakcję, przy czym cierpliwie czekałam aż skończy się ten prowizoryczny schemat relacji w rodzinie.

Stadium 3 happy end
To było naprawdę niewiarygodne, wbrew wszelkim zalecanym technikom problem solvingu. Mieliśmy przecież kłopot z bałaganem, studium przypadku niby też było i ostrzegało jasno: dołącz do bałaganu zwierzę, a pożałujesz. 
Wyglądało tak logicznie i wiarygodnie, że aż nie do zniesienia. 
Tymczasem odkryłam, że bezskutecznie karcona przez lata lekkomyślność może być kluczem do sukcesu! 
Uwaga, uwaga: końcowym rezultatem obecności psa w moim domu jest nic innego jak upragniony od miesięcy porządek

Po tygodniu wzajemnego "obwąchiwania się" Nicko i Reksio znaleźli sposób na harmonijną koegzystencję. 
Teraz mój synek bawi się z psem jego zabawkami, ale wrócił też do swoich ukochanych klocków Lego, kredek i puzzli. Przy czym od razu po zabawie, odkłada wszystko na miejsce, żeby pies mu nie pogryzł i żeby się nie udławił drobnymi elementami. 
Tak oto trzymiesięczny szczeniak sprawił, że oddalony o miliony lat świetlnych od naszej lokalizacji porządek stał się rzeczywistością. 
Zaskakujące, prawda? 






piątek, 14 lutego 2014

Pierwszy stopień do szczęścia

W internecie krąży ciekawy schemacik według którego szczęście jest łatwym do osiągnięcia stanem. Na pewno jego autorem jest jakiś facet, to jasno wynika już z samego tytułu “Życie jest proste”, ale prawdopodobnie zainteresował mnie właśnie dlatego, że jest inny niż mój normalny wielowarstwowy tok rozumowania. Postanowiłam więc zrobić wyjątek i podjąć wyzwanie wprowadzenia go w życie. Tak, w moje życie, czyli w codzienność zdezorganizowanej, zapominalskiej i maniakalno-schizofrenicznej matki dwulatka.
Zacznijmy więc od przedstawienia rysunku:




Jak widać, autor proponuje, żeby zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, zadać sobie pytanie “Czy jesteś szczęśliwy?”. Na ogół rzadko się nad tym zastanawiamy, bo to niby takie poważne kwestie egzystencjalne z górnej półki. Codziennie podejmujemy dziesiątki decyzji, ale w większości przypadków raczej nie głowimy sie zbytnio ani dlaczego, ani po co. Tymczasem powszechnie wiadomo, że jasno określony cel jest podstawą sukcesu i z pewnością nie wzbudzę zawziętej dyskusji, jeśli stwierdzę, że bycie szczęśliwym to w gruncie rzeczy sensowny cel.
Tylko jak go osiągnąć? Według schematu nie jest to trudne: jeśli odpowiedź na pytanie o szczęście jest negatywna, wystarczy tylko coś zmienić, wrócić do pytania wstępnego i tak do skutku, czyli dopóki odpowiedź będzie twierdząca.
Szkoda tylko, że ten, który narysował powyższy schemat jest facetem o linearnym sposobie rozumowania, który nijak się ma do skomplikowanego świata wewnętrznego, którego urokami cieszy się każda kobieta. Skąd ja mam wiedzieć, co to jest “to coś”?
Zostałam z tym problemem przez dłuższy czas, ale w końcu znalazłam rozwiązanie. Zrobiłam prosty test (oczywiście nie jeden z tych powiedzmy psychozabawowych, które sprawdzają, czy jesteś kobietą w typie Brada Pitta czy Antonio Banderasa). Ten jest na poważnie, pozwala jasno określić, czego naprawdę potrzebujemy do szczęścia.
Na początek należy stworzyć listę, ale tym razem nie to-do, czy zakupów, tylko listę wartości, zainteresowań i aspektów życia, które są dla nas ważne.
Przykładowa lista może wyglądać tak:
1. Być najlepszą matką dla mojego dziecka
2. Mieć rodzinę jak na obrazku z bajki
3. Sprawić, aby dziecko było szczęśliwe
4. Móc realizować się zawodowo
5. Być niezależną
6. Mieć dobre układy z dziadkami dziecka
7. Być zadbaną
8. Mieć czas dla siebie (np. na uprawianie sportu i czytanie książek)
9. Podróżować
10. Doceniać to, co mam
Gotowa lista powinna zawierać co najmniej 10 elementów. Warto jest się nad nimi zastanowić, ale jednocześnie należy wpisać wszystko, co jest dla nas ważne w danym momencie. Jeśli nasz "wewnętrzny krytyk" ocenia jakiś punkt jako nierozsądny, banalny albo po prostu głupi, to należy zignorować krytykę. Jeśli coś jest dla nas ważne, to nie może być to nierozsądne, banalne ani tym bardziej głupie. Pamiętajcie, że świadomość własnych potrzeb i ich rzeczywistej wagi w naszym życiu jest pierwszym stopniem do, o nie, tym razem nie do piekła, to pierwszy stopień do szczęścia!
Dobra, lista już jest. Prawdopodobnie kolejność jest dość przypadkowa, bo często najważniejsze rzeczy są dla nas tak oczywiste, że przychodzą nam na myśl dopiero po dłuższym zastanowieniu. Dlatego też dla uzyskania wiarygodnego rezultatu należy przyznać każdej pozycji odpowiednią punktację.
Bierzemy pierwszy wymieniony przez nas element i zestawiamy go z kolejnymi punktami listy pytając: które z dwojga jest dla mnie ważniejsze? Element, który wygrywa dostaje jeden punkt.
Po konfrontacji pierwszego elementu ze wszystkimi pozostałymi, przechodzimy do drugiego punktu i postępujemy jak wcześniej.
Końcowym rezultatem będzie aktualna hierarchia naszych potrzeb i wartości, która pozwoli nam  zobaczyć czarno na białym, nad jakimi sferami musimy jeszcze popracować i gdzie dobrze byłoby  coś zmienić. A co najważniejsze, odkryjemy, które aspekty są najpilniejsze, a które możemy chwilowo zignorować, bo dostały mniej punktów.
P.S.
Jeśli po przeczytaniu tego artykułu twoja odpowiedź na pytanie o szczęście jest negatywna, ale nie masz ochoty albo (jak mówi moja najlepsza przyjaciółka) wystarczającej motywacji, żeby zrobić własną listę, przypominam, że “Szczęśliwe dzieci mają szczęśliwe matki”. Zatem chwytaj za kartkę i długopis i bądź szczęśliwa!

sobota, 8 lutego 2014

Chwytaj dzień!

Zima jest tylko dla twardzieli. Każda zamknięta z dzieckiem w domu matka aktywuje dziesiątki mechanizmów zwiększających prawdopodobieństwo jej przetrwania, a nieustannie brzęczący nam w głowach leitmotiv to: aby do wiosny. A co jeśli mamy trochę ambicji? Jeśli nie chcemy żyć byle jak i samo przetrwanie nas nie satysfakcjonuje? Co jeśli chcemy cieszyć się każdą chwilą i zamiast z nadzieją czekać na upragnioną wiosnę wołać codziennie: Carpe diem?
Weźmy na przykład wczorajszy dzień. Za oknem zimno, ciemno i padał deszcz (u mnie na śnieg raczej się nie zapowiada, ale to bez różnicy, i tak nie odważyłabym się wystawić nosa za próg) i po raz kolejny stanęłam przed kultowym pytaniem, na które każde małe dziecko oczekuje od mamy błyskotliwej odpowiedzi: Co będziemy dzisiaj robić?
Rozejrzałam się po pokoju, zabawek pełno, ale nowych brak, a wszystkie pozostałe już się nam znudziły. Nie miałam nawet odwagi zaproponować Nicko rysowania kredkami, bo z góry wiedziałam, że spojrzałby na mnie spod byka i w rewanżu zdemolowałby pokój w piętnaście minut. Przeszliśmy więc do kuchni, może zrobimy coś razem do jedzenia, to zawsze działa. Otwieram lodówkę, a tam tylko jogurty i jajka. Gdyby była Wielkanoc, to może i bym się pokusiła, ale robienie pisanek w lutym to nawet dla mnie byłoby za dużo.
A jednak coś mam! W dolnej szufladzie leży główka sałaty. Wyjmuję ją triumfalnie, a dziecko patrzy się na mnie krytycznie:
“Sałata? Myślisz, że jesteś tą, jak ty to tam nazywasz, super-mamą, a wszystko na co cię stać to pęk zielonych liści?”
“Nicko, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” - powidziałam ironicznie interpretując słowa Małego Księcia.
Odcięłam dolną część główki sałaty, zamoczyłam ją w czerwonej farbie i odbiłam na kartce. Na papierze pojawił się ciekawy rysunek pięknie rozkwitniętej róży. Nicko był zachwycony! Od razu przechwycił stempelek i zapełnił różami nie wiem już ile kartek.
Nagle zapomnieliśmy że za oknem był ziąb i ciągle padał deszcz. U nas w domu kwitły dziesiątki czerwonych róż i było jak w bajce.











wtorek, 4 lutego 2014

Kubuś Puchatek - do usług szanownej mamie!

Kilka dni temu miałam takie dziwne uczucie, które wydawało mi się bardzo ważne, ale nie dawało mi spokoju, bo w żaden sposób nie umiałam go nazwać. Wiedziałam, że było to coś szczególnego, coś co powinno się powiedzieć szeptem, przy przygaszonym świetle, patrząc dziecku prosto w oczy.
Problem w tym, że nie zdążyłam zatrzymać tej fermentującej we mnie emocji w myślach nawet przez krótką chwilę, która wystarczyłaby, żeby znaleźć słowa i ją opisać.
Wiadomo, przy dwuletnim dziecku trudno o chwilę spokoju, bo akurat woła, że ma brudne rączki i trzeba je umyć, a potem oblewa się całe i trzeba je przebrać, a przy okazji wytrzeć kałużę na podłodze. I kiedy zajmuję się wycieraniem podłogi i rozwieszaniem mokrych ubrań okazuje się, że znalazło jakiś krem i wysmarowało nim nie tylko rączki, ale też szafę. Wycieram więc krem z szafy, ale jest już za późno, bo Nicko znowu coś wykombinował i znowu trzeba biec i sprzątać. A do tego w międzyczasie dzwoni telefon i chciałabym mieć osiem rąk, żeby móc wszystko zrobić.
Mogłabym jeszcze długo rozpisywać się o codziennych atrakcjach, ale w sumie każdy wie, jak to jest z ciekawym świata dwulatkiem...
Wracając natomiast do tematu i tamtego dnia: wieczorem, na dobranoc, zdecydowaliśmy się przeczytać kawałek Kubusia Puchatka. Usiedliśmy wygodnie na wersalce, otworzyliśmy książkę na przypadkowej stronie i nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Miś z zaskakującą prostotą ubrał w słowa myśli, które dręczyły mnie przez całe popołudnie. Zerknęłam na kartkę z rysunkiem Puchatka trzymającego za rękę Prosiaczka i z napisem, który pomógł mi powiedzieć mojemu synkowi to, co tak mocno czułam:

“Każdy dzień spędzony z tobą jest moim ulubionym dniem.
Zatem dzisiaj był mój ulubiony dzień”.

Nicko spojrzał na mnie zdziwiony, a w jego oczach było trochę niedowiary: “To znaczy, że nie nudzi ci się, kiedy się ze mną bawisz? Nie robisz tego z poczucia obowiązku?”
“Nie, kochanie, ja lubię się z tobą bawić, uwielbiam spędzać z tobą czas i jestem szczęśliwa, mogąc powiedzieć ci wieczorem, że dzięki tobie dzisiaj był mój ulubiony dzień. Dobranoc.”


wtorek, 28 stycznia 2014

Czy naprawdę muszę mieć bałagan?

Wiadomo, decydując się na małe dziecko należy wliczyć w koszty: ciągły brak czasu, chroniczne zmęczenie i oczywiście bałagan. Nie trzeba mieć magistra z finansów i zarządzania, żeby zrozumieć, że przy takim układzie sprzątanie jest kompletną stratą czasu i energii - zwiększa koszty i nie produkuje zysków.
Oczywiście każda matka ma swoje podejście do sprawy. Ja na przykład wydzieliłam dziecku strefę, którą w myślach ogrodziłam żółto-czarną taśmą ostrzegawczą i jest to dla mnie “ta część pokoju”. Pole bitwy dla Nicko, gdzie wolno prawie wszystko i gdzie chaos nie jest zwykłym chaosem, ale inspiracją procesu twórczego. No dobra, powiedzmy jak jest: to część dużego pokoju pełna porozrzucanych zabawek, które sprzątam dopiero kiedy nie ma jak tam wejść.
Tylko raz pokusiłam się o posprzątanie “tej części pokoju” podczas popołudniowej drzemki Nicko. Kiedy się obudził, od razu z dumą pokazałam mu efekt mojej pracy: “Ta-dam! Widzisz jak mama pięknie posprzątała?!”. On jednak wcale się nie ucieszył tylko zmarszczył brwi i powiedział: “Mama, nu nu nu”, a po chwili dodał z rezygnacją w głosie “Ach ta mama” i pokręcił głową na znak dezaprobaty.
Był naprawdę zawiedziony, a ja poczułam się jakbym czegoś nie zrozumiała, jakbym nie stanęła na wysokości jego oczekiwań. Okropne uczucie.
Na szczęście Nicko szybko otrząsnął się z szoku, westchnął głęboko i zajął się przywracaniem poprzedniego stanu rzeczy zaczynając od wyrzucenia na podłogę wszystkich klocków Lego. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że zrobienie bałaganu zajęło mu mniej niż pięć minut.

Teraz proponuję wykonanie szybkiej analizy sytuacji: ja nie mam czasu ani energii, a te niewiele, ile mam inwestuję w sprzątanie.
Efekt: chwilowy porządek, z którego i tak nikt nie korzysta, bo dziecko śpi, a ja pracuję w studio. Dziecko się budzi i nie docenia porządku, a wręcz się nim denerwuje. Zatem nie tylko straciłam to, co zainwestowałam, ale jeszcze zepsułam dziecku humor.
Wniosek:  sprzątanie to strata czasu, energii i dobrego samopoczucia.

Mogłabym skończyć tego posta banalnym apelem do zdrowego rozsądku matek, nawołując do zaniehania jakiegokolwiek działania związanego ze sprzątaniem i do pozbycia się wszelkich wyrzutów sumienia. Nie byłoby to jednak w moim stylu, bo ja wierzę w poprawę. Wierzę, że jeśli chcemy nauczyć dziecko porządku, to jest to możliwe.
Dlatego właśnie przekartkowałam różne mądre podręczniki o wychowaniu i mam plan!
Na początek wyniosłam na strych zabawki, którymi dziecko bawi się rzadziej niż dwa razy w tygodniu. To był dobry pomysł, bo nagle zrobiło się więcej miejsca i co jakiś czas będę mogła zaskoczyć Nicko "nową zabawką".
Przede mną trudniejsza część planu: należy przekonać dziecko, że sprzątanie nie jest dla jeleni, ale że można się też przy nim bawić.
Tylko jak to zrobić?
Według mądrych poradników, należy wybrać jakąś wesołą piosenkę i słuchając jej próbować odłożyć na miejsce jak najwięcej zabawek.
I tu zaczęły się u mnie schody. Żeby sprzątnąć "tę część pokoju" na koniec dnia, musiałabym znaleźć piosenkę trwającą co najmniej 15 minut albo puszczać w kółko tę samą. Pierwsze rozwiązanie nie wchodzi w grę, bo nie ma tak długich piosenek dla dzieci, a drugie odpada, bo pewnie Nicko znienawidziłby i sprzątanie i piosenkę.
W końcu stwierdziłam, że nie musi być wszystko od razu na tip top. Na dobry początek mogę ograniczyć sprzątanie do dwóch minut  - to czas trwania "Żyrafa fa fa fa fa", ulubionej piosenki Nicko z programu Mama i ja. Ile sprzątniemy, tyle będzie. Ważne, żeby zacząć jak najszybciej, bo wtedy porządek będzie dla Nicko tak naturalny jak teraz jest bałagan i być może dzięki temu w przyszłości unikniemy wielu awantur.
Czy to zadziała? Sama nie wiem, zakładać się nie będę, ale jeśli ktoś chce mi coś doradzić, to bardzo poproszę. Jeśli jesteś blogującą mamą i masz posta o sprzątaniu, dołącz link w komentarzach, chętnie przeczytam. Mamy, znajdźmy sposób na bałagan!






piątek, 24 stycznia 2014

O takiej mamie marzą dzieci

Uwielbiam patrzeć jak Nicko zdobywa nowe umiejętności: pierwsza papka, pierwsze kroki, pierwsza samodzielnie zbudowana wieża... Co prawda często uczenie się nowych rzeczy przez dzieci wymaga od matek dużej elastyczności: począwszy od małego przemeblowania po zmianę priorytetów, ale jestem przekonana, że dzieci zostały tak wymyślone, żeby się mamom nie nudziło.
A co zrobić, żeby się dzieciom nie nudziło? Są przecież zabawki i w sumie mamy spory ich arsenał, ale nawet najbardziej pomysłowe po jakimś czasie popadają w niełaskę. Ja zresztą najchętniej wspominam z dzieciństwa lalki, które sama sobie powycinałam i posklejałam, więc teraz czasami proponuję Nicko zabawki home made jako alternatywę dla tych plastikowych, super kolorowych i super hałaśliwych z dziesiątkami super przycisków.
Kiedy Nicko miał osiem miesięcy nie wymagało to ode mnie dużo pomysłowości. Wystarczało kilka pojemników i różne kasze, grochy i makarony, a dziecko zanurzając rączki w ziarnach o różnych rozmiarach, kształtach i kolorach i przesypując je z jednego pojemnika do drugiego miało zabawę na ładnych parę chwil.
Kilka mięsięcy później odkryliśmy świetną zabawę w szukanie ukrytego przedmiotu. Brałam trzy kolorowe kubeczki i pod jednym z nich chowałam małą zabawkę. Przestawiałam kubeczki kilka razy, a w końcu Nicko zgadywał, pod którym ukryta była zabawka. Kiedy mu się udawało był najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem!
Teraz jednak poprzeczka jest trochę wyżej. Przy dwulatku trzeba się wykazać kreatywnością.
Na przykład mając w domu rolkę po ręcznikach papierowych i folię kuchenną, można zrobić kolorowe okulary. Wystarczy pociąć rolkę na kilka mniejszych kawałków i przykleić do nich pokolorowaną na różne kolory folię i gotowe. Dzieci świetnie się bawią patrząc na świat przez kolorowe okulary, kiedy wszystko dookoła staje się raz czerwone, raz zielone, a raz żółte. Tak na marginesie, myślę, że jest to świetny sposób na naukę kolorów.
Jeśli ze spaceru przynieśliśmy kilka różnej wielkości liści, możemy wykorzystać je do robienia czarów. Należy przykleić je do kartki taśmą klejącą, odwrócić kartkę i zarysować kredkami aż pokażą się na niej liście. Jeśli podczas rysowania będziemy mówić: “czary mary, hokus pokus”, dziecko naprawdę poczuje się jak czarodziej.
Z doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że do tej pory najwięcej radości było u nas w domu z baloników. Kupiłam je z myślą o przyjęciu urodzinowym, ale okazało się, że baloniki kryją w sobie naprawdę dużo możliwości. Można w nie dmuchać i zamast zawiązać, puszczać po całym pokoju. Można robić nimi wiatr. Można je odbijać lub zrobić bitwę na balony. I wreszcie można po nich rysować flamastrami i doklejać kawałki gazet, tasiemek i co nam pod rękę wpadnie, tworząc balonikowe postaci. Zapewniam, że czas zainteresowania balonami przekroczył moje wyobrażenia.
Pozostaje tylko jedno pytanie, które zadaje sobie teraz każda matka: kto po tym wszystkim postprząta? Czy przy wszystkich obowiązkach i chronicznym braku czasu, na który cierpimy, warto jest zawracać sobie głowę wymyślaniem zabawek? Dla mnie to kwestia plusów i minusów: trzeba się trochę zmobilizować i pogodzić z nieuniknioną konsekwencją jaką jest bałagan, ale na widok błysku w oczach dziecka, które udało nam się czymś zaskoczyć, każda odpowie: tak to ma sens!
O takiej mamie marzą dzieci.



piątek, 10 stycznia 2014

Lektura dla dorosłych

Kto przeczytał “Kiedy znów będę mały” Janusza Korczaka napewno zgodzi się ze mną, że powinna ona być jedną z lektur obowiązkowych dla dorosłych, a w szczególności tych dorosłych, którzy próbują wychowywać dzieci. Warto przeczytać, bo nie jest to podręcznik o tym jak mówić, żeby dzieci nas słuchały (też polecam, ale to co innego) ani kolejna książka o tym, jak trudno jest być mamą i co zrobić, żeby przetrwać.
Metody, którymi Korczak próbuje wychować rodziców są subtelniejsze. On po prostu przenosi nas w świat dziecka i pozwala nam odświeżyć i jeszcze raz przeżyć dawno zapomniane doświadczenia. Efekt jest taki, że nagle, całkiem naturalnie i bez najmniejszego wysiłku zaczynamy lepiej rozumieć uczucia naszych pociech.
We mnie ta powieść wypaliła znamię i często patrząc w oczy mojego synka przypominam sobie jeden z najbardziej znanych cytatów:

"– Nuży nas obcowanie z dziećmi.
Macie słuszność.
Mówicie:
– Bo musimy się zniżać do ich pojęć. Zniżać, pochylać, naginać, kurczyć.
Mylicie się. Nie to nas męczy. Ale – że musimy się wspinać do ich uczuć. Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać. Żeby nie urazić."

Kilka dni temu weszłam z Nicko do księgarni, w której sprzedają też edukacyjne zabawki dla dzieci.  On chwycił za pudełko z klockami Lego i ściskając je mocno krzyczał: “to moje, to moje!” Nie wiedziałam, co zrobić. Widziałam, że Nicko bardzo chciał te klocki, ale przecież nie mogę kupować mu wszystkiego, co ściągnie z półki. W końcu udało mi się go przekonać do odłożenia zabawki tłumacząc, że w domu mamy ten sam zestaw. Przez moment poczułam się z siebie bardzo dumna, bo zobaczyłam sytuację z perspektywy dziecka, zrozumiałam je, ale nie uległam kaprysowi.
Tyle tylko, że właśnie zaczęły się wyprzedaże. Miałam upatrzoną bluzkę i niecierpliwie czekałam na przeceny. Kiedy więc zobaczyłam jak jakaś babka trzymała w rękach ostatnią sztukę mojej bluzki, strategicznie nasłałam na nią Nicko. On, jak zwykle, oczarował panią: “ach jaki on śliczny, och jakie piękne blond włosy, no i te niebieskie oczy”, a ja bezczelnie wykorzystałam sytuację, żeby zwinąć jej ciuch, który odłożyła w zamieszaniu.
Chwilę później szłam do kasy ze zdobyczą, a w myślach krzyczałam “to moje, to moje”, dokładnie tak jak dwuletnie dziecko. Nagle zdałam sobie sprawę, że 30 lat dorastania zmieniło tylko jedno: teraz mam kartę kredytową...




wtorek, 7 stycznia 2014

Szczęśliwa jak dziecko

Od małego powtarzano mi, że należy się cieszyć z drobnych, prostych rzeczy, tak jakby było to trudną do opanowania sztuką.
Muszę przyznać, że ja akurat nigdy nie miałam z tym większych trudności: kiedy zobaczyłam mały pierścionek z diamantem nie posiadałam się ze szczęścia, a gdy dostałam kluczyki od nowego samochodu z automatyczną skrzynią biegów byłam najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.
Jednak sens tego zdania stał się dla mnie jasny dopiero, kiedy zostałam mamą. Najchętniej wspominam dzień, w którym po raz pierwszy przytuliłam moje maleństwo i ten ułamek sekundy kilka miesięcy później, kiedy Nicko, jak gdyby nigdy nic, po raz pierwszy wypowiedział dwie zwykłe sylaby “ma - ma”. To takie proste i trwa tylko chwilę, a jednak każdej mamie na samą myśl kręci się łza w oku.
A dzisiaj? Dzisiaj był jeden z krótkich zimowych dni. Nie przewidywałam żadnych ważnych sukcesów rozwojowych, których osiągnięciem zaskoczyłoby mnie moje dziecko, więc zdecydowałam się na krótki spacer przed obiadem.
Mieszkając na obrzeżach małego miasteczka, nie mam łatwego dostępu do placów zabaw, których zresztą jest tutaj niewiele. Spakowałam więc Nicko do samochodu i pojechaliśmy przed siebie nie mając jasno określonej mety. Przed jednym ze skrzyżowań zapyłam: “Chcesz jechać do centrum czy nad morze?”. Wątpię, że zrozumiał moje pytanie, ale odpowiedział bez wahania “nad morze” więc skręciłam w prawo i po kilku minutach byliśmy na plaży.
Co prawda jest za zimno, żeby się opalać czy kąpać, bo zima w Ligurii to nie to, co na Jamajce, także ubrani byliśmy w kurtki i czapki, ale Nicko był zachwycony widokiem morza i niekończącej się piaskownicy. Przez kolejną godzinę biegał po piasku, uciekał przed nadpływającymi falami, rzucał kamieniami do wody i zbierał muszelki. Wydawało się to zupełnie naturalne, prawie zwyczajne, a jednak nawet na chwilę nie opuściło mnie takie dziwne uczucie jakby to było nierealne. Jest przecież środek zimy i ciągle pada deszcz! Ale dzisiaj akurat nie. Dzisiaj zima zawiesiła broń, a my mamy tylko dwa lata i gonimy wiatr nie myśląc o jutrze. Cudowne chwile!
Chcę zapisać je w pamięci obok abecadła i tabliczki mnożenia, żeby odpowiadać szybko i bez wahania:
- Co to jest szczęście?
- To te cztery muszelki, które znaleźliśmy na oblanej styczniowym słońcem plaży.