Dzisiaj będzie poetycko a może nawet romantycznie, bo matka też człowiek i czasami potrzebuje czegoś “dla duszy”.
W sieci mnoży się od tekstów w stylu:
"Pięć zdań, które twoje dziecko musi usłyszeć"
"10 zabawek bez których nie może się obejść"
"7 wskazówek dla doskonałej matki i pani domu"
Często takie artykuły są nawet motywujące i na ogół chętnie je czytam, bo lubię nad sobą pracować, ale czasami proza codzienności jest zwyczajnie nudna i męcząca.
Co prawda, podobno żyć poezją raczej się nie da, ale przypadkowo znalezione “skrawki poezji” pomagają mi oderwać się od codziennego galimatiasu i poczuć się lepiej.
Tak więc dzisiaj mój ulubiony temat, czyli DZIECI, ale trochę inaczej: nie lepiej, nie gorzej, tylko po prostu inaczej...
Nie uczcie dzieci
Nie uczcie dzieci waszej moralności
jest tak zmęczona i chora
mogłaby zaszkodzić
być może jest dużą nieostrożnością
zdać je na pastwę fałszywej świadomości.
Nie wychwalajcie myśli
która jest coraz rzadsza
Nie wskazujcie im
znanej drogi
ale jeśli już chcecie
nauczcie je tylko czaru życia.
Giorgio Gaber
Większość z tego, co naprawdę muszę wiedzieć o życiu, co robić i jak się zachowywać, nauczyłam się w przedszkolu:
- Dzielić się wszystkim z innymi.
- Grać uczciwie.
- Nie krzywdzić ludzi.
- Odkładać rzeczy na miejsce.
Autor nieznany
Kto na wiatr sieje, sprawi, że zakwitnie niebo.
Biała kartka jest ukrytą poezją.
Teraz najlepszym krokiem naprzód jest nie ruszać się z miejsca.
Ivan Tresoldi
Etykiety
- Będzie dobrze
- Mamo nudzi mi się
- Matka Polka w Italii
- wychować rodzica
- włoska kuchnia domowa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matka Polka w Italii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matka Polka w Italii. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 października 2014
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Jak we śnie
“Jak we śnie”, jeden z moich ulubionych filmów, otwiera się sceną, w
której Gael Garcia Bernal w tekturowym studio telewizyjnym wrzuca do
ogromnego gara przeróżne składniki przygotowując niezwykłą potrawę:
marzenie senne.
“Witajcie w kolejnym odcinku telewizji edukacyjnej. Dziś pokażę państwu jak przygotowuje się sny. Na ogół ludzie myślą, że jest to bardzo prosty proces, ale w rzeczywistości jest on trochę bardziej skomplikowany. Jak widzicie kluczem jest bardzo delikatna kombinacja złożonych składników. Przede wszystkim wrzucamy odrobinę myśli jak popadnie, po czym dodajemy szczyptę wspomnień z minionego dnia, wymieszanych ze wspomnieniami z przeszłości, miłościami, relacjami, emocjami i wszystkimi innymi rzeczami, które kończą się na -jami. Piosenki, których słuchaliście, rzeczy, które zobaczyliście i inne osobiste.” W tym momencie z gara wydobywa się kolorowy dym i bohater zaczyna śnić.
Ja nie mam tekturowego studio telewizyjnego ani zmaterializowanych składników niezbędnych do przygotowania dobrego snu, ale wziąwszy pod uwagę ten inspirujący przepis i w trosce o fantastyczny smak i cudowny aromat naszych snów, w zeszłą sobotę wybraliśmy się z Nicko na Festiwal Andersena.
Imprezę gościło Sestri Levante, przepiękna nadmorska miejscowość turystyczna oddalona o około 50 km od Genui.
Miasteczko słynie z malowniczej promenady wzdłuż brzegów morza liguryjskiego, z wąskich uliczek przy których stoją typowe dla tego regionu domy wybudowane w XVII i XVIII wieku oraz z Zatoki Ciszy (Baia del Silenzio), która z jednej strony zamknięta jest wgórzami, a z drugiej piętnastowiecznym Klasztorem Matki Boskiej od Zwiastowania (obecnie jest własnością gminy i pełni funkcję centrum kongresowego).
“Witajcie w kolejnym odcinku telewizji edukacyjnej. Dziś pokażę państwu jak przygotowuje się sny. Na ogół ludzie myślą, że jest to bardzo prosty proces, ale w rzeczywistości jest on trochę bardziej skomplikowany. Jak widzicie kluczem jest bardzo delikatna kombinacja złożonych składników. Przede wszystkim wrzucamy odrobinę myśli jak popadnie, po czym dodajemy szczyptę wspomnień z minionego dnia, wymieszanych ze wspomnieniami z przeszłości, miłościami, relacjami, emocjami i wszystkimi innymi rzeczami, które kończą się na -jami. Piosenki, których słuchaliście, rzeczy, które zobaczyliście i inne osobiste.” W tym momencie z gara wydobywa się kolorowy dym i bohater zaczyna śnić.
Ja nie mam tekturowego studio telewizyjnego ani zmaterializowanych składników niezbędnych do przygotowania dobrego snu, ale wziąwszy pod uwagę ten inspirujący przepis i w trosce o fantastyczny smak i cudowny aromat naszych snów, w zeszłą sobotę wybraliśmy się z Nicko na Festiwal Andersena.
Imprezę gościło Sestri Levante, przepiękna nadmorska miejscowość turystyczna oddalona o około 50 km od Genui.
Miasteczko słynie z malowniczej promenady wzdłuż brzegów morza liguryjskiego, z wąskich uliczek przy których stoją typowe dla tego regionu domy wybudowane w XVII i XVIII wieku oraz z Zatoki Ciszy (Baia del Silenzio), która z jednej strony zamknięta jest wgórzami, a z drugiej piętnastowiecznym Klasztorem Matki Boskiej od Zwiastowania (obecnie jest własnością gminy i pełni funkcję centrum kongresowego).
| Główna ulica w Sestri Levante |
![]() |
| Baia del Silenzio |
Na okres Festiwalu Andersena wszystkie place i ulice Sestri Levante zaludniają się starannie wyselekcjonowanymi przez organizatorów artystami, którzy inscenizują spektakle teatralne, występy koncertowe i bawią publiczność pokazami akrobatycznymi, klownodą oraz sztuczkami magicznymi.
| Bardzo zabawny spektakl |
My również daliśmy się ponieść fantazji i spędziliśmy cudowne popołudnie w świecie baśniowych opowieści zapominając o rzeczywistości i rządzących nią prawach czasu, przestrzeni i grawitacji.
Miałam wrażenie, że nawet natura chciała uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu, podarowując nam przepiękny zachód słońca.
| Spektakl natury |
Nicko nie pozostał obojętny na urok festiwalu i odpłynął na fali pozytywnych emocji wspólnie z nową koleżanką.
| Pozytywne emocje |
piątek, 6 czerwca 2014
Jest nam z tym do twarzy
Tak po prostu, bez metafor, onomatopei, eufemizmów i innych środków stylistycznych: ja i mój synek w roli głównej, tytuł banalny, bo w tak ważnych kwestiach wolę prostotę i bezpośredność: “Jesteśmy szczęśliwi i jest nam z tym do twarzy”. Poniżej zbiór migawek, kolorów, smaków, zapachów i emocji, które tworzą nasz świat.
Piątek 30 maja
“Mama, dlaczego jedziemy w górę?”
“Bo jedziemy do domu”
“Dlaczego jedziemy do domu?”
Dwa pytania z rzędu zaczynające się od “dlaczego” to nie przypadek. To oznaka nowego etapu rozwojowego mojego synka. Zaczął się bez uprzedzenia, bez słabszych wstrząsów zapowiadających. Nagle o 12.47 podczas krótkiego przejazdu samochodem ze żłobka do domu zatrzęsła się ziemia i od tamtej pory Nicko ciągle chce wiedzieć “dlaczego”. Nie ukrywam, że jestem tym zachwycona, bo lubię "intelektualne dysputy z dwulatkiem".
Na podwieczorek objedliśmy się owocami nieśplika japońskiego i pękają nam brzuchy...
Sobota, 31 maja
Zakwitły mi hortensje. Mam trzy krzaki, które wyglądają jak różowe wodospady kwiatów. Wraca poczucie winy i zakłopotanie, bo znajomi, którzy je hodują opowiadają o różnych skomplikowanych procesach, które pomagają im zakwitnąć, a ja nie robię nic i mam najpiększe hortensje ze wszystkich.
Niedziela, 1 czerwca
We Włoszech nie ma Dnia Dziecka, co dla mnie jest wielką niesprawiedliwością, bo dzień Matki, Ojca i Dziadków są. Na szczęście Nicko jest pół-Polakiem i jedziemy wyszaleć się w piłeczkach, a w prezencie dostaje dawno obiecaną tablicę.
I jeszcze się pochwalę prezentem na Dzień Matki, o którym nawet nie wspomniałam (niewdzięczna ze mnie baba).
Poniedziałek, 2 czerwca
Święto Republiki, kolejny dzień wolny od pracy. Świeci słońce i jest upalnie: otwieramy oficjalnie sezon plażowania.
Po raz pierwszy widzę nad morzem muzułmańską rodzinę. Co prawda kobieta pomimo upału zdjąć mogła tylko buty, ale dla mnie już sama jej obecność jest znakiem postępującej integracji międzykulturowej.
Wtorek, 3 czerwca
Jedziemy na kolację do dziadków, ale wcześniej krótki wypad na plac zabaw.
Środa, 4 czerwca
Zrobiłam super przystawkę z bakłażana.
Przepis:
Bakłażana i 2 pomidory pokroić na plasterki, upiec na grillowej patelni. Na brytwance układać warstwami: jeden plaster bakłażana, na nim plaster pomidora, plaster mozzarelli, posypać oregano i od nowa bakłażan itd.
Zapiekać w piekarniku przy 200°C przez kilka minut aż rozpuści się mozzarella.
Czwartek 5 czerwca
Kupiłam najnowszą płytę Cesare Cremonini, bo jest bardzo optymistyczna i podobają mi się teksty.
Tym razem nie ograniczyłam się do Spotyfy czy iTunes, tylko poszłam do normalnego sklepu. Chciałam mieć album z okładką, którą postawię na półce, pomimo że nie podoba mi się jej design. Uśmiechałam się do siebie, bo patrząc na Nicko wydawało mi się to takie staroświeckie... Opowiadałam mu o ewolucji nośników dźwięków, o tym że jak byłam mała, to słuchałam bajek na adapterze, a potem wkręcałam taśmy kaset na ołówek, a teraz to już nawet CD nie są do niczego potrzebne...
Na krótkim spacerze przed kolacją Nicko nazbierał mi polnych kwiatów.
Piątek 30 maja
“Mama, dlaczego jedziemy w górę?”
“Bo jedziemy do domu”
“Dlaczego jedziemy do domu?”
Dwa pytania z rzędu zaczynające się od “dlaczego” to nie przypadek. To oznaka nowego etapu rozwojowego mojego synka. Zaczął się bez uprzedzenia, bez słabszych wstrząsów zapowiadających. Nagle o 12.47 podczas krótkiego przejazdu samochodem ze żłobka do domu zatrzęsła się ziemia i od tamtej pory Nicko ciągle chce wiedzieć “dlaczego”. Nie ukrywam, że jestem tym zachwycona, bo lubię "intelektualne dysputy z dwulatkiem".
Na podwieczorek objedliśmy się owocami nieśplika japońskiego i pękają nam brzuchy...
| Nieśplik japoński |
Sobota, 31 maja
Zakwitły mi hortensje. Mam trzy krzaki, które wyglądają jak różowe wodospady kwiatów. Wraca poczucie winy i zakłopotanie, bo znajomi, którzy je hodują opowiadają o różnych skomplikowanych procesach, które pomagają im zakwitnąć, a ja nie robię nic i mam najpiększe hortensje ze wszystkich.
| Hortensje: mój powód do... wstydu |
We Włoszech nie ma Dnia Dziecka, co dla mnie jest wielką niesprawiedliwością, bo dzień Matki, Ojca i Dziadków są. Na szczęście Nicko jest pół-Polakiem i jedziemy wyszaleć się w piłeczkach, a w prezencie dostaje dawno obiecaną tablicę.
| Dzień Dziecka |
| Wygląda jak ufoludek :) |
| Najcenniejszy klejnot |
Poniedziałek, 2 czerwca
Święto Republiki, kolejny dzień wolny od pracy. Świeci słońce i jest upalnie: otwieramy oficjalnie sezon plażowania.
| Life's a beach |
Po raz pierwszy widzę nad morzem muzułmańską rodzinę. Co prawda kobieta pomimo upału zdjąć mogła tylko buty, ale dla mnie już sama jej obecność jest znakiem postępującej integracji międzykulturowej.
![]() |
Jedziemy na kolację do dziadków, ale wcześniej krótki wypad na plac zabaw.
Środa, 4 czerwca
Zrobiłam super przystawkę z bakłażana.
Przepis:
Bakłażana i 2 pomidory pokroić na plasterki, upiec na grillowej patelni. Na brytwance układać warstwami: jeden plaster bakłażana, na nim plaster pomidora, plaster mozzarelli, posypać oregano i od nowa bakłażan itd.
Zapiekać w piekarniku przy 200°C przez kilka minut aż rozpuści się mozzarella.
Czwartek 5 czerwca
Kupiłam najnowszą płytę Cesare Cremonini, bo jest bardzo optymistyczna i podobają mi się teksty.
Tym razem nie ograniczyłam się do Spotyfy czy iTunes, tylko poszłam do normalnego sklepu. Chciałam mieć album z okładką, którą postawię na półce, pomimo że nie podoba mi się jej design. Uśmiechałam się do siebie, bo patrząc na Nicko wydawało mi się to takie staroświeckie... Opowiadałam mu o ewolucji nośników dźwięków, o tym że jak byłam mała, to słuchałam bajek na adapterze, a potem wkręcałam taśmy kaset na ołówek, a teraz to już nawet CD nie są do niczego potrzebne...
Na krótkim spacerze przed kolacją Nicko nazbierał mi polnych kwiatów.
poniedziałek, 26 maja 2014
Dziewczyna z perłą i awantura o Króliczka
- Muszą Państwo odebrać dziecku pluszowego króliczka i zostawić go w torbie w szatni.
- To jakiś absurd!
- To nie od nas zależy, tak nakazują nasze przepisy bezpieczeństwa.
- Tego jeszcze nie było! Jak pluszowa zabawka może być uznana za niebezpieczną?! Proszę zawołać kierownika!
- Dzieci nie mogą wnosić na teren naszej placówki zabawek, ponieważ jest to niezgodne z naszymi przepisami bezpieczeństwa.
- Macie naprawdę dziwaczne poczucie humoru, w czym jest problem?
- Dziecko mogłoby rzucić pluszakiem w obraz i zniszczyć siedemnastowieczne dzieło sztuki.
- Nie odbiorę dziecku jego ukochanej zabawki tylko dlatego, że waszym zdaniem mój synek niczym się nie różni od szympansa (z całym szacunkiem dla tego inteligentnego gatunku)!
Wiem, że ta surrealistyczna rozmowa brzmi jak koszmar inspirowany kiepskim brazyliskim serialem, ale to niestety nie był sen, to mi się naprawdę zdarzyło: wczoraj w Palazzo Fava w Bolonii.
Pojechaliśmy tam obejrzeć wystawę, której główną atrakcją był portret Dziewczyny z perłą (jedyna okazja zobaczenia tego dzieła w Europie, nie mogłam jej przegapić).
Na to nie mogłam się zgodzić, zaczęłam zaciekłą walkę nie zważając na nic i na nikogo: zapomniałam o głupich konwenansach, obśmiałam bezsensowne przepisy bezpieczeństwa i wywalczyłam dla dziecka możliwość wniesienia jego Króliczka tłumacząc, że jest niezbędny, bo zwiedzanie wystawy w tłumie ludzi ze zmęczonym dzieckiem pozbawionym jego ukochanego przyjaciela nie wchodziło w grę.
W psychologii taka zabawka nazywa się obiektem przejściowym i jest dla dziecka czymś o szczególnym znaczeniu, pomaga mu “w łagodnym przejściu od pierwszego związku z piersią matki do późniejszych relacji z obiektami” (cyt. Wikipedia), a później jest nieodzownym towarzyszem zwłaszcza w stresujących sytuacjach.
Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, co jak wiadomo dla dziecka jest stresem, zawsze zabieramy Króliczka, do którego Nicko jest naprawdę przywiązany: zawsze zasypia czule się do niego tuląc, a kiedy się budzi, od razu go szuka.
Potem bawi się normalnie innymi zabawkami i nie myśli o Króliczku (nie ma na jego punkcie obsesji), ale kiedy jest zmęczony, smutny albo zdezorientowany, od razu się o niego pyta.
A wracając do wystawy: jak było? Jestem zadowolona, bo oprócz słynnego obrazu Vermeera zobaczyłam też “na żywo” kilka portretów Rembrandta (zapewniam was, że robią wrażenie) i odkryłam przepiękny obraz Jedzącej ostrygi.
Wziąwszy jednak pod uwagę, że bilet kosztował 13 euro, byłam rozczarowana bardzo ograniczonym zbiorem dzieł i tłumem ludzi przez który musiałam przebijać się za każdym razem, kiedy chciałam obejrzeć obraz z odpowiedniej odległości.
A Nicko? Zwiedził wystawę siedząc wygodnie na barkach taty. Już w dugiej sali oddał mi Króliczka, bo był za bardzo zainteresowany opowiadaniami, którymi raczyła go pani z audioprzewodnika. Natomiast przed obrazem Dziewczyny z perłą, który zamykał wystawę, zatrzymał się na ładnych parę minut, oczarowany jego urokiem i magią spojrzenia szaro-błękitnych oczu... a może jednak urzekł go blask perły... Trudno powiedzieć...
- To jakiś absurd!
- To nie od nas zależy, tak nakazują nasze przepisy bezpieczeństwa.
- Tego jeszcze nie było! Jak pluszowa zabawka może być uznana za niebezpieczną?! Proszę zawołać kierownika!
- Dzieci nie mogą wnosić na teren naszej placówki zabawek, ponieważ jest to niezgodne z naszymi przepisami bezpieczeństwa.
- Macie naprawdę dziwaczne poczucie humoru, w czym jest problem?
- Dziecko mogłoby rzucić pluszakiem w obraz i zniszczyć siedemnastowieczne dzieło sztuki.
- Nie odbiorę dziecku jego ukochanej zabawki tylko dlatego, że waszym zdaniem mój synek niczym się nie różni od szympansa (z całym szacunkiem dla tego inteligentnego gatunku)!
Wiem, że ta surrealistyczna rozmowa brzmi jak koszmar inspirowany kiepskim brazyliskim serialem, ale to niestety nie był sen, to mi się naprawdę zdarzyło: wczoraj w Palazzo Fava w Bolonii.
Pojechaliśmy tam obejrzeć wystawę, której główną atrakcją był portret Dziewczyny z perłą (jedyna okazja zobaczenia tego dzieła w Europie, nie mogłam jej przegapić).
![]() | ||
| Dziewczyna z perłą. źr. Wikipedia |
Zaraz po wejściu do muzeum ograbiono nas ze wszystkiego: toreb,
telefonów i przede wszystkim wózka, ale dla personelu obsługującego
muzeum nie było to wystarczające. Tłumacząc się ograniczoną przestrzenią
i przepisami bezpieczeństwa próbowano nam odebrać też ukochaną zabawkę
Nicko: Króliczka, który towarzyszy mu codziennie od dnia jego narodzin.
| Godzina po narodzinach Nicko - już z Króliczkiem (ten po prawej) |
Na to nie mogłam się zgodzić, zaczęłam zaciekłą walkę nie zważając na nic i na nikogo: zapomniałam o głupich konwenansach, obśmiałam bezsensowne przepisy bezpieczeństwa i wywalczyłam dla dziecka możliwość wniesienia jego Króliczka tłumacząc, że jest niezbędny, bo zwiedzanie wystawy w tłumie ludzi ze zmęczonym dzieckiem pozbawionym jego ukochanego przyjaciela nie wchodziło w grę.
W psychologii taka zabawka nazywa się obiektem przejściowym i jest dla dziecka czymś o szczególnym znaczeniu, pomaga mu “w łagodnym przejściu od pierwszego związku z piersią matki do późniejszych relacji z obiektami” (cyt. Wikipedia), a później jest nieodzownym towarzyszem zwłaszcza w stresujących sytuacjach.
Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, co jak wiadomo dla dziecka jest stresem, zawsze zabieramy Króliczka, do którego Nicko jest naprawdę przywiązany: zawsze zasypia czule się do niego tuląc, a kiedy się budzi, od razu go szuka.
Potem bawi się normalnie innymi zabawkami i nie myśli o Króliczku (nie ma na jego punkcie obsesji), ale kiedy jest zmęczony, smutny albo zdezorientowany, od razu się o niego pyta.
A wracając do wystawy: jak było? Jestem zadowolona, bo oprócz słynnego obrazu Vermeera zobaczyłam też “na żywo” kilka portretów Rembrandta (zapewniam was, że robią wrażenie) i odkryłam przepiękny obraz Jedzącej ostrygi.
![]() |
| Jedząca ostrygi |
Wziąwszy jednak pod uwagę, że bilet kosztował 13 euro, byłam rozczarowana bardzo ograniczonym zbiorem dzieł i tłumem ludzi przez który musiałam przebijać się za każdym razem, kiedy chciałam obejrzeć obraz z odpowiedniej odległości.
A Nicko? Zwiedził wystawę siedząc wygodnie na barkach taty. Już w dugiej sali oddał mi Króliczka, bo był za bardzo zainteresowany opowiadaniami, którymi raczyła go pani z audioprzewodnika. Natomiast przed obrazem Dziewczyny z perłą, który zamykał wystawę, zatrzymał się na ładnych parę minut, oczarowany jego urokiem i magią spojrzenia szaro-błękitnych oczu... a może jednak urzekł go blask perły... Trudno powiedzieć...
| Nasze zdjęcie pamiątkowe |
piątek, 23 maja 2014
Przewodnik turystyczny - Le Cinque Terre
Dlaczego kocham moją pracę? Bo uwielbiam przekładać czyjeś myśli na
różne języki, nawet jeśli nie w pełni rozumiem ich sens (tłumaczę teksty
techniczne, pisane w slangu inżynierów).
Podoba mi się, że dzięki tej pracy mam kontakt z ojczystą mową i że większość pracy mogę wykonywać wygodnie z domu, samodzielnie organizując sobie grafik dnia, który mogę łatwo pogodzić z innymi obowiązkami, np. byciem mamą i blogowaniem.
Najbardziej jednak cieszę się, kiedy trafi mi się jakaś fucha: moim zadaniem na wczorajsze popołudnie było pokazanie uroków tutejszych okolic pewnej bardzo ważnej osobie, której tożsamości nie mogę niestety zdradzić.
Oczywiście zrobiłam trochę zdjęć i postanowiłam pokazać wam, jak piękna jest część Włoch, w której mieszkam.
Wyruszyliśmy z San Terenzo, jednej z głównnych miejscowości Golfu Poetów, zwanego tak ze względu na liczną obecność poetów i pisarzy, dla których tutejsze krajobrazy były źródłem inspiracji. Wymienię tylko najważniejsze nazwiska: pomieszkiwał tu Lord Byron, George Sand, a swoje ostatnie miesiące życia spędził tutaj Percy Shelley wraz z żoną (autorką Frankensteina).
Najważniejszą atrakcją turystyczną są w tej części Ligurii Le Cinque Terre, czyli pięć malowniczych miasteczek, otoczonych z jednej strony morzem, a z drugiej górami. Wizytę roczpoczęliśmy od Monterosso, czyli Czerwonej Góry, która dzięki budowie tak zwanych tarasów została sprytnie zagospodarowana pod uprawę winorośli oraz cytryn, dla których smaku tutejszy klimat jest idealny:
Stamtąd popłynęliśmy łódką podziwiając pozostałe miasteczka z perspektywy znad morza:
Aż w końcu dopłynęliśmy do Porto Venere, czyli Portu Wenus, którego charakterystyką jest pasmo wąskich, kolorowych domów ustawionych wzdłuż wybrzeża.
Kiedyś był to bardzo ważny port handlowy, do transportu wina, oleju, zboża, jadalnych kasztanów oraz w szczególności soli. Zainteresował się nim Napoleon, chcąc wykorzystać jego strategiczne położenie do budowy arsenału. Na szczęście jego konstrukcja, która z pewnością zniszczyłaby piękno nadmorskiego miasteczka i pozbawiłaby nas, zwykłych śmiertelników, dostępu do morza, nie doszła do skutku. Arsenał zbudowano za to w La Spezia, dla której mieszkańców był do niedawna ważną strukturą oferującą liczne miejsca pracy.
Kościół Św. Piotra w Porto Venere, który widzicie osadzony na skale, jest jednym z głównych symboli geniuszu tutejszej architektury, a wszystkie miejscowości, których zdjęcia zamieściłam powyżej są na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Jeśli więc zastanawiacie się, gdzie spędzić wakacje w tym roku, serdecznie polecam moje okolice, bo jest pięknie (wczoraj niestety było pochmurno, więc moje zdjęcia, robione w dodatku zwykłym telefonem, nie dokońca oddają rzeczywiste wrażenia), gdziekolwiek się nie zatrzymacie znajdziecie pyszne jedzenie i oczywiście Włosi z ich specyficznym temperamentem są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów.
Na koniec, dla tych, którzy na serio zastanawiają się nad przyjazdem tutaj, dam tylko małą wskazówkę: ponieważ hotele w Le Cinque Terre są okropnie drogie, polecam wam zatrzymać się w La Spezia, skąd w zaledwie kilka minut dojedziecie pociągiem lub łódką (odradzam dojazd samochodem) do wszystkich pięciu miasteczek oraz innych atrakcji turystycznych (np. Piza oddalona jest o 80 km od La Spezia i też jest do niej bezpośredni dojazd pociągiem).
Mam nadzieję, że udało mi się was zachęcić do zwiedzenia moich okolic, więc czekam na wasze odwiedziny!
Podoba mi się, że dzięki tej pracy mam kontakt z ojczystą mową i że większość pracy mogę wykonywać wygodnie z domu, samodzielnie organizując sobie grafik dnia, który mogę łatwo pogodzić z innymi obowiązkami, np. byciem mamą i blogowaniem.
Najbardziej jednak cieszę się, kiedy trafi mi się jakaś fucha: moim zadaniem na wczorajsze popołudnie było pokazanie uroków tutejszych okolic pewnej bardzo ważnej osobie, której tożsamości nie mogę niestety zdradzić.
Oczywiście zrobiłam trochę zdjęć i postanowiłam pokazać wam, jak piękna jest część Włoch, w której mieszkam.
Wyruszyliśmy z San Terenzo, jednej z głównnych miejscowości Golfu Poetów, zwanego tak ze względu na liczną obecność poetów i pisarzy, dla których tutejsze krajobrazy były źródłem inspiracji. Wymienię tylko najważniejsze nazwiska: pomieszkiwał tu Lord Byron, George Sand, a swoje ostatnie miesiące życia spędził tutaj Percy Shelley wraz z żoną (autorką Frankensteina).
| Widok na Lerici z San Terenzo |
Najważniejszą atrakcją turystyczną są w tej części Ligurii Le Cinque Terre, czyli pięć malowniczych miasteczek, otoczonych z jednej strony morzem, a z drugiej górami. Wizytę roczpoczęliśmy od Monterosso, czyli Czerwonej Góry, która dzięki budowie tak zwanych tarasów została sprytnie zagospodarowana pod uprawę winorośli oraz cytryn, dla których smaku tutejszy klimat jest idealny:
| Monterosso |
| Vernazza |
| Corniglia |
| Manarola |
| Riomaggiore |
Aż w końcu dopłynęliśmy do Porto Venere, czyli Portu Wenus, którego charakterystyką jest pasmo wąskich, kolorowych domów ustawionych wzdłuż wybrzeża.
| Porto Venere |
| Porto Venere |
Kiedyś był to bardzo ważny port handlowy, do transportu wina, oleju, zboża, jadalnych kasztanów oraz w szczególności soli. Zainteresował się nim Napoleon, chcąc wykorzystać jego strategiczne położenie do budowy arsenału. Na szczęście jego konstrukcja, która z pewnością zniszczyłaby piękno nadmorskiego miasteczka i pozbawiłaby nas, zwykłych śmiertelników, dostępu do morza, nie doszła do skutku. Arsenał zbudowano za to w La Spezia, dla której mieszkańców był do niedawna ważną strukturą oferującą liczne miejsca pracy.
| Kościół Św. Piotra w Porto Venere |
Jeśli więc zastanawiacie się, gdzie spędzić wakacje w tym roku, serdecznie polecam moje okolice, bo jest pięknie (wczoraj niestety było pochmurno, więc moje zdjęcia, robione w dodatku zwykłym telefonem, nie dokońca oddają rzeczywiste wrażenia), gdziekolwiek się nie zatrzymacie znajdziecie pyszne jedzenie i oczywiście Włosi z ich specyficznym temperamentem są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów.
Na koniec, dla tych, którzy na serio zastanawiają się nad przyjazdem tutaj, dam tylko małą wskazówkę: ponieważ hotele w Le Cinque Terre są okropnie drogie, polecam wam zatrzymać się w La Spezia, skąd w zaledwie kilka minut dojedziecie pociągiem lub łódką (odradzam dojazd samochodem) do wszystkich pięciu miasteczek oraz innych atrakcji turystycznych (np. Piza oddalona jest o 80 km od La Spezia i też jest do niej bezpośredni dojazd pociągiem).
Mam nadzieję, że udało mi się was zachęcić do zwiedzenia moich okolic, więc czekam na wasze odwiedziny!
środa, 21 maja 2014
Impreza na blogu
Dzisiaj zapraszam na wirtualną imprezę na moim blogu. Jest miód, piwo, wino białe i czerwone, wódka i oczywiście szampan!
Co świętujemy?
Po pierwsze wygrałam konkurs literacki zorganizowany przez dziewczyny ze strony blogimam.pl.
Kiedy zobaczyłam mój artykuł wśród dziesięciu najlepszych nie mogłam odkleić uśmiechu z twarzy.
Dawno już niczego nie wygrałam, pewnie też trochę dlatego, że dawno już nie brałam udziału w żadnych konkursach.
Tym razem jednak postanowiłam wychylić nosa z mojej bezpiecznej skorupki i zaryzykowałam.
Wysłałam tekst o najtrudniejszej pracy na świecie:
Czy zaakceptowałbyś/zaakceptowałabyś pracę o ogromnej odpowiedzialności wymagającą kompletnego poświęcenia 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez przerw, dni świątecznych, ani nawet czasu na sen, a w dodatku bez wynagrodzenia?
Uważasz to za okrutne? Myślisz, że to nielegalne? To wiedz, że na świecie są już miliony ludzi, którzy tę pracę zaakceptowali i codzienne skrupulatnie wykonują obowiązki Dyrektora operacyjnego.
Kim są ci pomyleńcy?
Ciąg dalszy możecie przeczytać tutaj
Powiem bez owijania w bawełnę: wygrana naładowała mnie pozytywnie i nie mogłam się nią z wami nie podzielić.
Nie wiem, czy udaje mi się to wyrazić tekstem pisanym drukowanymi literami, ale nadal śmieje mi się buzia...
Drugi powód do szczęścia w tym tygodniu to koniec wiosennej diety!!!
Tak, udało mi się wrócić do wagi sprzed zimy i świąt wszelkiego rodzaju.
Wspólnikami sukcesu są też trochę prawdopodobnie moje wegetariańskie hamburgery (przepis tutaj) które okazały się zjadliwe, a nawet smaczne, dzięki polaniu ich sosem z jogurtu greckiego z przyprawami (różowy pieprz i kolendra).
Powrót do wakacyjnej formy uczciłam kupując sobie kilka nowych fatałaszków.
Tak więc kończę wznosząc wirtualny toast za satysfakcje małe i duże, osiągnięte i te, o których nie mamy jeszcze śmiałości marzyć! Na zdrowie!
Co świętujemy?
Po pierwsze wygrałam konkurs literacki zorganizowany przez dziewczyny ze strony blogimam.pl.
Kiedy zobaczyłam mój artykuł wśród dziesięciu najlepszych nie mogłam odkleić uśmiechu z twarzy.
Dawno już niczego nie wygrałam, pewnie też trochę dlatego, że dawno już nie brałam udziału w żadnych konkursach.
Tym razem jednak postanowiłam wychylić nosa z mojej bezpiecznej skorupki i zaryzykowałam.
Wysłałam tekst o najtrudniejszej pracy na świecie:
Czy zaakceptowałbyś/zaakceptowałabyś pracę o ogromnej odpowiedzialności wymagającą kompletnego poświęcenia 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez przerw, dni świątecznych, ani nawet czasu na sen, a w dodatku bez wynagrodzenia?
Uważasz to za okrutne? Myślisz, że to nielegalne? To wiedz, że na świecie są już miliony ludzi, którzy tę pracę zaakceptowali i codzienne skrupulatnie wykonują obowiązki Dyrektora operacyjnego.
Kim są ci pomyleńcy?
Ciąg dalszy możecie przeczytać tutaj
Powiem bez owijania w bawełnę: wygrana naładowała mnie pozytywnie i nie mogłam się nią z wami nie podzielić.
Nie wiem, czy udaje mi się to wyrazić tekstem pisanym drukowanymi literami, ale nadal śmieje mi się buzia...
Drugi powód do szczęścia w tym tygodniu to koniec wiosennej diety!!!
Tak, udało mi się wrócić do wagi sprzed zimy i świąt wszelkiego rodzaju.
Wspólnikami sukcesu są też trochę prawdopodobnie moje wegetariańskie hamburgery (przepis tutaj) które okazały się zjadliwe, a nawet smaczne, dzięki polaniu ich sosem z jogurtu greckiego z przyprawami (różowy pieprz i kolendra).
Powrót do wakacyjnej formy uczciłam kupując sobie kilka nowych fatałaszków.
| To tylko część mojego łupu, więcej zdjęć będzie jak mi je ktoś zrobi :) |
Tak więc kończę wznosząc wirtualny toast za satysfakcje małe i duże, osiągnięte i te, o których nie mamy jeszcze śmiałości marzyć! Na zdrowie!
poniedziałek, 12 maja 2014
Zaskakujące zmiany
Samochód wpadł w poślizg i zjechał z szosy, a obaj pasażerowie, mężczyzna i jego syn, doznali ciężkich obrażeń. Ojciec zmarł w karetce w drodze do szpitala. Syna wzięto wprost na salę operacyjną. Chirurg rzucił okiem na pacjenta i bez tchu powiedział: “Och nie... to mój syn.”
Zastanawiacie się pewnie, że skoro prawdziwy ojciec nie żyje, to jak to możliwe, żeby pacjent był synem chirurga? Kim jest chirurg? Ojczymem? Dawcą nasienia?
Nie wiem, czy dla kogoś było to oczywiste, dla mnie nie było, ale chirurg z historyjki to kobieta, czyli matka pacjenta.
Cytuję tę anegdotę (przepraszam za czarny humor), ponieważ doskonale demaskuje stereotypy płci utrwalone w naszym pokoleniu.
Pisałam już na ten temat w poście Kosmonautka (tutaj), gdzie opowiadałam o tym jak mój dwulatek zdziwił się, że na kasie w jednym z tutejszych supermarketów pracował pan, pomimo że powszechnie wiadomo, że kasjerka to zawód dla kobiety.
Dzisiaj muszę podzielić się moim nowym odkryciem w tej kwestii.
Zostaliśmy zaproszeni na Pierwszą Komunię córki naszych przyjaciół, więc wczoraj po raz pierwszy od kilku lat poszłam do kościoła, gdzie zobaczyłam coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Kościół był współczesny, bardzo ascetyczny: z sufitu sterczały przemysłowe lampy, na szarych ścianach brakowało renesansowych dzieł sztuki, a jedynym artystycznym elementem były trzy witraże umieszczone na tyłach ołtarza.
W ławkach siedzieli ubrani odświętnie wierzący, podekscytowane ośmiolatki i ich wzruszone mamy, które płakały dając upust emocjom wywołanym kolejnym krokiem ku dorosłości ich dzieci.
Dopiero po dłuższej chwili spojrzałam w stronę ołtarza, gdzie wokół ubranego na biało księdza stało ośmiu ministrantów. Jestem krótkowidzem, więc wykorzystałam ruchliwość mojego synka, żeby podejść bliżej. Z odległości kilku metrów nie miałam już żadnych wątpliwości: z ośmiu ministrantów służących do mszy, pięciu było dziewczynkami.
Zaskoczyło mnie to, bo jeszcze parę lat temu nikt nie poddawał wątpliwości, że dziewczynki mogły co najwyżej śpiewać psalmy, ale dostęp do komży był monopolem chłopców. W Kościele Protestanckim, co prawda, już od lat pracują pastorki, jednak nie spodziewałam się, że Kościół Katolicki również modernizuje się pod tym względem.
Zastanawiam się jak to wygląda w Polsce. Czy u nas też są już ministrantki?
A jak będzie w przyszłości? Czy brak powołań skłoni Kościół do dopuszeczenia kobiet do duszpasterstwa?
Wracając natomiast do mojego małego świata i do pięknych chwil, które chcę wyryć w pamięci: czekając na komunijny obiad, Nicko poznał nową koleżankę, którą poderwał na puzzle...
Zastanawiacie się pewnie, że skoro prawdziwy ojciec nie żyje, to jak to możliwe, żeby pacjent był synem chirurga? Kim jest chirurg? Ojczymem? Dawcą nasienia?
Nie wiem, czy dla kogoś było to oczywiste, dla mnie nie było, ale chirurg z historyjki to kobieta, czyli matka pacjenta.
Cytuję tę anegdotę (przepraszam za czarny humor), ponieważ doskonale demaskuje stereotypy płci utrwalone w naszym pokoleniu.
Pisałam już na ten temat w poście Kosmonautka (tutaj), gdzie opowiadałam o tym jak mój dwulatek zdziwił się, że na kasie w jednym z tutejszych supermarketów pracował pan, pomimo że powszechnie wiadomo, że kasjerka to zawód dla kobiety.
Dzisiaj muszę podzielić się moim nowym odkryciem w tej kwestii.
Zostaliśmy zaproszeni na Pierwszą Komunię córki naszych przyjaciół, więc wczoraj po raz pierwszy od kilku lat poszłam do kościoła, gdzie zobaczyłam coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Kościół był współczesny, bardzo ascetyczny: z sufitu sterczały przemysłowe lampy, na szarych ścianach brakowało renesansowych dzieł sztuki, a jedynym artystycznym elementem były trzy witraże umieszczone na tyłach ołtarza.
W ławkach siedzieli ubrani odświętnie wierzący, podekscytowane ośmiolatki i ich wzruszone mamy, które płakały dając upust emocjom wywołanym kolejnym krokiem ku dorosłości ich dzieci.
Dopiero po dłuższej chwili spojrzałam w stronę ołtarza, gdzie wokół ubranego na biało księdza stało ośmiu ministrantów. Jestem krótkowidzem, więc wykorzystałam ruchliwość mojego synka, żeby podejść bliżej. Z odległości kilku metrów nie miałam już żadnych wątpliwości: z ośmiu ministrantów służących do mszy, pięciu było dziewczynkami.
Zaskoczyło mnie to, bo jeszcze parę lat temu nikt nie poddawał wątpliwości, że dziewczynki mogły co najwyżej śpiewać psalmy, ale dostęp do komży był monopolem chłopców. W Kościele Protestanckim, co prawda, już od lat pracują pastorki, jednak nie spodziewałam się, że Kościół Katolicki również modernizuje się pod tym względem.
Zastanawiam się jak to wygląda w Polsce. Czy u nas też są już ministrantki?
A jak będzie w przyszłości? Czy brak powołań skłoni Kościół do dopuszeczenia kobiet do duszpasterstwa?
Wracając natomiast do mojego małego świata i do pięknych chwil, które chcę wyryć w pamięci: czekając na komunijny obiad, Nicko poznał nową koleżankę, którą poderwał na puzzle...
| Czyż oni nie są słodcy? |
piątek, 9 maja 2014
Eksperymenty kulinarne - hamburger wegetariański
Każda z nas próbuje czasami zaskoczyć rodzinkę jakąś kulinarną nowością. Ja nie robię tego zbyt często, ale czasami zdarza mi się wpaść na jakiś ciekawy i prosty w realizacji przepis, który muszę absolutnie wypróbować.
Ostatnio znalazłam przepis na hamburgery z ciecierzycy, która ze względu na wysoką zawartość białka może być istotną alternatywą dla mięsa. U nas nasiona ciecierzycy nie są powszechnie stosowane, ale we Włoszech cieszą się dużym powodzeniem przy przygotowaniu tradycyjnych zup, sałatek oraz oczywiście wielu wegetariańskich potraw.
Przepis, który znalazłam wyglądał tak:
Składniki:
500 gr ugotowanych ziaren ciecierzycy
1 szalotka (ewentualnie mała cebulka)
garść natki pietruszki
1 łyżka startego parmezanu
1 łyżka tartej bułki
1 jajko
oliwa z oliwek w razie potrzeby
Przygotowanie:
Ugotowaną ciecierzycę zmiksować z jajkiem, szalotką, parmezanem, tartą bułką, olejem i przyprawami. Uformować hamburgery i piec na patelni grillowej po pięć minut z każdej strony, dopóki się nie zarumienią. Podawać w bułce, z sałatą, pomidorem i sosami jak do tradycyjnych hamburgerów.
Nie mogłam przepuścić okazji własnoręcznego wykonania wegetariańskich hamburgerów (zwłaszcza że lekarze ostrzegają przed nadmierną konsumpcją mięsa).
Pełna entuzjazmu zabrałam się do dzieła i w mniej niż godzinę przygotowałam aż 10 hamburgerów (!!!), bo oczywiście przekonana o sukcesie podwoiłam ilość składników...
Sami przyznacie, że hamburgery wyglądały apetycznie, więc Nicko na ich widok zaświeciły się oczy, a ja, pełna dumy i z radosnym uśmiechem, podsunęłam mu bułę. Ugryzł z przekonaniem, ale już po chwili bez namysłu wypluł wszystko na talerz i stanowczo odmówił mojemu wegetariańskiemu hamburgerowi drugiej szansy... Natomiast tata, wykazał się inteligencją adaptacyjną i doświadczeniem, nie dał się nabrać na kolowe przystrojenie bułki i hamburgera nawet nie spróbował...
Brzdęk - to dźwięk moich aspiracji rozbijających się o zdrowy męski rozsądek.
Ja oczywiście nie jestem taka wybredna, więc umilnie zjadłam moją porcję i powiem szczerze, nie była wcale taka zła, jedyne co, to hamburgery były trochę za suche, ale to pewnie dlatego, że oczywiście nie dodałam żadnego sosu (skoro miało być zdrowo, to dlaczego mam to psuć ketchupami i musztardą?).
Teraz mam w zamrażalniku dziewięć wegetariańskich hamburgerów, które będę musiała zjeść sama (co mnie przeraża), ale że nie jest w moim stylu poddawać się po pierwszej nieudanej próbie, zrobię przepis jeszcze raz, ale trochę go udoskonalę: dodam ugotowaną marchewkę, która powinna zmiękczyć suchą masę i oliwę z oliwek, o której zwyczajnie zapomniałam... Jeśli macie inne pomysły, to będę wdzięczna za ich podanie :)
Natomiast, żeby nie zostawić was z rozczarowaniem eksperymentalnymi próbami kulinarnymi zakończonymi fiaskiem, podaję klasyczny przepis na sałatkę z ciecierzycy, która jest bardzo smaczna i zdrowa (certyfikowana przez moich facetów).
Składniki
250 gr ugotowanych ziaren ciecierzycy
1/2 szalotki (ewentualnie mała cebulka)
8 pomidorów koktajlowych
garść oregano
garść bazylii
łyżka stołowa oleju z oliwy
Przygotowanie
Pomidory pokroić, szalotkę i oregano posiekać, listki bazylii porozrywać w palcach na kawałki, dodać oleju i wymieszać z ziarnami ciecierzycy.
Smacznego!
Czasami natomiast idę na łatwiznę:
Ostatnio znalazłam przepis na hamburgery z ciecierzycy, która ze względu na wysoką zawartość białka może być istotną alternatywą dla mięsa. U nas nasiona ciecierzycy nie są powszechnie stosowane, ale we Włoszech cieszą się dużym powodzeniem przy przygotowaniu tradycyjnych zup, sałatek oraz oczywiście wielu wegetariańskich potraw.
Przepis, który znalazłam wyglądał tak:
Składniki:
500 gr ugotowanych ziaren ciecierzycy
1 szalotka (ewentualnie mała cebulka)
garść natki pietruszki
1 łyżka startego parmezanu
1 łyżka tartej bułki
1 jajko
oliwa z oliwek w razie potrzeby
Przygotowanie:
Ugotowaną ciecierzycę zmiksować z jajkiem, szalotką, parmezanem, tartą bułką, olejem i przyprawami. Uformować hamburgery i piec na patelni grillowej po pięć minut z każdej strony, dopóki się nie zarumienią. Podawać w bułce, z sałatą, pomidorem i sosami jak do tradycyjnych hamburgerów.
Nie mogłam przepuścić okazji własnoręcznego wykonania wegetariańskich hamburgerów (zwłaszcza że lekarze ostrzegają przed nadmierną konsumpcją mięsa).
Pełna entuzjazmu zabrałam się do dzieła i w mniej niż godzinę przygotowałam aż 10 hamburgerów (!!!), bo oczywiście przekonana o sukcesie podwoiłam ilość składników...
Tak prezentował się hamburger |
Sami przyznacie, że hamburgery wyglądały apetycznie, więc Nicko na ich widok zaświeciły się oczy, a ja, pełna dumy i z radosnym uśmiechem, podsunęłam mu bułę. Ugryzł z przekonaniem, ale już po chwili bez namysłu wypluł wszystko na talerz i stanowczo odmówił mojemu wegetariańskiemu hamburgerowi drugiej szansy... Natomiast tata, wykazał się inteligencją adaptacyjną i doświadczeniem, nie dał się nabrać na kolowe przystrojenie bułki i hamburgera nawet nie spróbował...
Brzdęk - to dźwięk moich aspiracji rozbijających się o zdrowy męski rozsądek.
Ja oczywiście nie jestem taka wybredna, więc umilnie zjadłam moją porcję i powiem szczerze, nie była wcale taka zła, jedyne co, to hamburgery były trochę za suche, ale to pewnie dlatego, że oczywiście nie dodałam żadnego sosu (skoro miało być zdrowo, to dlaczego mam to psuć ketchupami i musztardą?).
Teraz mam w zamrażalniku dziewięć wegetariańskich hamburgerów, które będę musiała zjeść sama (co mnie przeraża), ale że nie jest w moim stylu poddawać się po pierwszej nieudanej próbie, zrobię przepis jeszcze raz, ale trochę go udoskonalę: dodam ugotowaną marchewkę, która powinna zmiękczyć suchą masę i oliwę z oliwek, o której zwyczajnie zapomniałam... Jeśli macie inne pomysły, to będę wdzięczna za ich podanie :)
Natomiast, żeby nie zostawić was z rozczarowaniem eksperymentalnymi próbami kulinarnymi zakończonymi fiaskiem, podaję klasyczny przepis na sałatkę z ciecierzycy, która jest bardzo smaczna i zdrowa (certyfikowana przez moich facetów).
250 gr ugotowanych ziaren ciecierzycy
1/2 szalotki (ewentualnie mała cebulka)
8 pomidorów koktajlowych
garść oregano
garść bazylii
łyżka stołowa oleju z oliwy
Przygotowanie
Pomidory pokroić, szalotkę i oregano posiekać, listki bazylii porozrywać w palcach na kawałki, dodać oleju i wymieszać z ziarnami ciecierzycy.
Smacznego!
Czasami natomiast idę na łatwiznę:
| Przygotowane wg jednej z piosenek emitowanych na BabyTv |
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Dwujęzyczne dziecko instrukcja obsługi
Mówią, że nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć uczyć dziecko języków obcych, a w naszym przypadku jest to pewnego rodzaju koniecznością. Nicko jak na razie uczy się włoskiego (bo całe jego otoczenie mówi w tym języku), i polskiego (bo mi bardzo na tym zależy).
Jak wygląda dwujęzyczność na codzień?
Nicko niektóre słowa mówi tylko po polsku, a inne tylko po włosku. Są słowa, które zna w obu językach i używa ich, jak i kiedy mu się podoba. Przy czym do włoskojęzycznych nigdy nie mówi po polsku, natomiast rozmawiając ze mną często miesza oba języki, np.:
"Mama, andiamo na górę" - czyli "Mamo, idziemy na górę"
"Ora spać", czyli "Teraz spać".
Nasze dialogi to na przykład:
Ja: to jest gwiazdka.
Nicko: Nie, to jest sole (słońce).
I tutaj zaczynamy się kłócić, bo przecież on wszystko wie lepiej i w ogóle jakim prawem ja go pouczam?
Czasami mamy też małe problemy: zdarza się, że jeśli bawiliśmy się razem mówiąc tylko po polsku i Nicko chce opowiedzieć o tym tacie, albo wymyśla niestworzone historie albo prosi mnie o pomoc, bo nie zna odpowiednich słów po włosku.
Moja największa trudność?
Wiadomo, dzieci nie mają aktorskiej dykcji, więc często trzeba się trochę domyślić, o co im chodzi. Takie codzienne koło fortuny, tylko że zamiast kupowania spółgłosek badamy skrupulatnie otoczenie i wyraz twarzy malucha, wracamy myślami do wypowiedzianych ostatnio słów i strzelamy! Jeśli się uda, bonus i idziemy dalej, usiłując zapamiętać nową spersonalizowaną formę znanego nam słowa. Jeśli się nie uda, strach i zgroza, bo jeśli dziecko zobaczy, że go nie rozumiemy, to się zniechęci i wróci do “eeee” i pokazywania paluszkiem... Dwujęzyczność Nicko jeszcze bardziej skomplikowała zasady gry: wstyd się przyznać, ale ja czasami nie wiem nawet, w jakim on do mnie mówi języku... Paranoja do kwadratu!
Jak pomóc dwujęzycznemu dziecku?
Mówią, że oprócz trudności nauczenia się kilku kodów językowych, dwujęzyczne dzieci mogą czuć się inne od swoich kolegów. To ważny problem, bo maluchy niczego nie pragną bardziej niż czuć się częścią grupy, być "jednym z", a nie "tym innnym", dziwakiem, którego nikt nie rozumie (poza jego jeszcze bardziej dziwaczną mamą). Dlatego też poradzono mi nawiązać kontakt z innymi dziećmi dwujęzycznymi, żeby pokazać Nicko, że nie jest sam.
Niestety w naszym małym miasteczku nie jest wcale tak łatwo znaleźć dwulatki władające kilkoma językami, więc postanowiłam spróbować innego rozwiązania.
W tutejszym klubie malucha prowadzone są zajęcia angielskiego, a że w sobotę rano szczytem naszych atrakcji i życia towarzyskiego jest na ogół wypad do supermarketu, to stwierdziłam, że angielski jest sensowną alternatywą, dzięki której Nicko pozna grupę dzieci mówiących po angielsku.
W zajęciach uczestniczyło sześcioro maluchów, które śpiewały, tańczyły, rysowały i bawiły się poznając angielskie odpowiedniki znanych im słów, takich jak: banan, gruszka, jagoda, mały, duży i jeden, dwa, trzy. Nicko, jak zwykle wchodząc w nowe otoczenie, najpierw obserwował sytuację, a potem włączył się do gry i miałam wrażenie, że mu się podobało: nie oszukujmy się, zajęcia były po prostu zabawą, tyle że wszyscy mówili po angielsku. Wszyscy, oprócz mojego synka. Dla niego to był pierwszy raz, więc trudno oczekiwać, żeby nagle zaczął rozmawiać używając nieznanego mu dotąd kodu.
Wróciliśmy do domu. Nicko zadowolony, bo się wyszalał, a ja z mnóstwem wątpliwości, czy takie zajęcia mają sens, czy to nie za wcześnie i ile on z tego w ogóle zrozumiał.
Przy obiedzie, opowiadając tacie o naszym poranku, wzięłam plastikowy mikrofon i tak jak dzieci na zajęciach, powiedziałam: "I am Kamila", po czym podałam mikrofon Nicko, a on z absolutną nonszalancją i z zawadiackim uśmiechem na ustach przełożył to na włoski: "Io sono Nicko".
Zaniemówiłam. Nie powiem, żeby jedno zdanie rozwiało wszystkie moje wątpliwości, ale zdałam sobie sprawę, że dla Nicko zajęcia agielskiego były ciekawym doświadczeniem (bez cienia wątpliwości lepszym od robienia zakupów), coś jednak z nich zrozumiał, a ja jak zwykle po prostu za dużo myślę.
Jak wygląda dwujęzyczność na codzień?
Nicko niektóre słowa mówi tylko po polsku, a inne tylko po włosku. Są słowa, które zna w obu językach i używa ich, jak i kiedy mu się podoba. Przy czym do włoskojęzycznych nigdy nie mówi po polsku, natomiast rozmawiając ze mną często miesza oba języki, np.:
"Mama, andiamo na górę" - czyli "Mamo, idziemy na górę"
"Ora spać", czyli "Teraz spać".
Nasze dialogi to na przykład:
Ja: to jest gwiazdka.
Nicko: Nie, to jest sole (słońce).
I tutaj zaczynamy się kłócić, bo przecież on wszystko wie lepiej i w ogóle jakim prawem ja go pouczam?
Czasami mamy też małe problemy: zdarza się, że jeśli bawiliśmy się razem mówiąc tylko po polsku i Nicko chce opowiedzieć o tym tacie, albo wymyśla niestworzone historie albo prosi mnie o pomoc, bo nie zna odpowiednich słów po włosku.
Moja największa trudność?
Wiadomo, dzieci nie mają aktorskiej dykcji, więc często trzeba się trochę domyślić, o co im chodzi. Takie codzienne koło fortuny, tylko że zamiast kupowania spółgłosek badamy skrupulatnie otoczenie i wyraz twarzy malucha, wracamy myślami do wypowiedzianych ostatnio słów i strzelamy! Jeśli się uda, bonus i idziemy dalej, usiłując zapamiętać nową spersonalizowaną formę znanego nam słowa. Jeśli się nie uda, strach i zgroza, bo jeśli dziecko zobaczy, że go nie rozumiemy, to się zniechęci i wróci do “eeee” i pokazywania paluszkiem... Dwujęzyczność Nicko jeszcze bardziej skomplikowała zasady gry: wstyd się przyznać, ale ja czasami nie wiem nawet, w jakim on do mnie mówi języku... Paranoja do kwadratu!
Jak pomóc dwujęzycznemu dziecku?
Mówią, że oprócz trudności nauczenia się kilku kodów językowych, dwujęzyczne dzieci mogą czuć się inne od swoich kolegów. To ważny problem, bo maluchy niczego nie pragną bardziej niż czuć się częścią grupy, być "jednym z", a nie "tym innnym", dziwakiem, którego nikt nie rozumie (poza jego jeszcze bardziej dziwaczną mamą). Dlatego też poradzono mi nawiązać kontakt z innymi dziećmi dwujęzycznymi, żeby pokazać Nicko, że nie jest sam.
Niestety w naszym małym miasteczku nie jest wcale tak łatwo znaleźć dwulatki władające kilkoma językami, więc postanowiłam spróbować innego rozwiązania.
W tutejszym klubie malucha prowadzone są zajęcia angielskiego, a że w sobotę rano szczytem naszych atrakcji i życia towarzyskiego jest na ogół wypad do supermarketu, to stwierdziłam, że angielski jest sensowną alternatywą, dzięki której Nicko pozna grupę dzieci mówiących po angielsku.
W zajęciach uczestniczyło sześcioro maluchów, które śpiewały, tańczyły, rysowały i bawiły się poznając angielskie odpowiedniki znanych im słów, takich jak: banan, gruszka, jagoda, mały, duży i jeden, dwa, trzy. Nicko, jak zwykle wchodząc w nowe otoczenie, najpierw obserwował sytuację, a potem włączył się do gry i miałam wrażenie, że mu się podobało: nie oszukujmy się, zajęcia były po prostu zabawą, tyle że wszyscy mówili po angielsku. Wszyscy, oprócz mojego synka. Dla niego to był pierwszy raz, więc trudno oczekiwać, żeby nagle zaczął rozmawiać używając nieznanego mu dotąd kodu.
| Klub malucha przed demolką |
Wróciliśmy do domu. Nicko zadowolony, bo się wyszalał, a ja z mnóstwem wątpliwości, czy takie zajęcia mają sens, czy to nie za wcześnie i ile on z tego w ogóle zrozumiał.
Przy obiedzie, opowiadając tacie o naszym poranku, wzięłam plastikowy mikrofon i tak jak dzieci na zajęciach, powiedziałam: "I am Kamila", po czym podałam mikrofon Nicko, a on z absolutną nonszalancją i z zawadiackim uśmiechem na ustach przełożył to na włoski: "Io sono Nicko".
Zaniemówiłam. Nie powiem, żeby jedno zdanie rozwiało wszystkie moje wątpliwości, ale zdałam sobie sprawę, że dla Nicko zajęcia agielskiego były ciekawym doświadczeniem (bez cienia wątpliwości lepszym od robienia zakupów), coś jednak z nich zrozumiał, a ja jak zwykle po prostu za dużo myślę.
piątek, 25 kwietnia 2014
Facet z dwuletnim doświadczeniem
Mówią, że płeć mózgu rozwija się już na etapie embrionu, ale akurat na to nie mam dowodów*. Mogę natomiast stwierdzić bez najmniejszego wahania, że dwuletni facet jest stuprocentowym facetem.
Dzisiaj jest tutaj Święto Wyzwolenia, dzień wolny od pracy, pogoda piękna od samego rana, więc bez zastanowienia spakowałam Nicko do samochodu i pojechaliśmy nad morze.
To jeszcze nie czas na kąpiel i opalanie, bo jak na razie zamiast rozłożonych leżaków sprzątają plażę koparko-ładowarki, ale jest piasek no i ten słynny jod, więc w sumie otwarcie sezonu plażowego nie wydawało mi się to głupim pomysłem.
Przeszliśmy się po plaży, nazbieraliśmy muszelek, rzucaliśmy kamieniami w wodę i budowaliśmy zamki z piasku. Wszystko oczywiście ubrani w długie spodnie i w bluzki z długim rękawem.
W pewnym momencie jednak na horyzoncie pojawiła się kobieta, od której nie mogliśmy oderwać wzroku.
Ja dlatego, że nie mogłam uwierzyć, że jest ktoś na tyle odważny, żeby przy tak zimnym wietrze rozebrać się do kostiumu kąpielowego.
A Nicko? Cóż, nie wiem, co myślał, ale na widok pani upuścił łopatkę i stracił kontakt z otoczeniem. To znaczy ze mną! Z jego żywicielką, najważniejszą kobietą jego życia, która ma bzika na jego punkcie, i której świat kręci się wokół niego! Niewdzięcznik!!! Gapił się bezwstydnie na tę flądrę z celulitem dopóki nie zniknęła mu z zasięgu wzroku!
No po prostu facet... z dwuletnim doświadczeniem, ale stuprocentowy facet.
Scena trwała na tyle długo, że zdążyłam wygrzebać telefon z torby i zrobić fotkę.
Sami zobaczcie!
* Anne Moir, David Jessel, “Płeć mózgu”
Dzisiaj jest tutaj Święto Wyzwolenia, dzień wolny od pracy, pogoda piękna od samego rana, więc bez zastanowienia spakowałam Nicko do samochodu i pojechaliśmy nad morze.
To jeszcze nie czas na kąpiel i opalanie, bo jak na razie zamiast rozłożonych leżaków sprzątają plażę koparko-ładowarki, ale jest piasek no i ten słynny jod, więc w sumie otwarcie sezonu plażowego nie wydawało mi się to głupim pomysłem.
Przeszliśmy się po plaży, nazbieraliśmy muszelek, rzucaliśmy kamieniami w wodę i budowaliśmy zamki z piasku. Wszystko oczywiście ubrani w długie spodnie i w bluzki z długim rękawem.
W pewnym momencie jednak na horyzoncie pojawiła się kobieta, od której nie mogliśmy oderwać wzroku.
Ja dlatego, że nie mogłam uwierzyć, że jest ktoś na tyle odważny, żeby przy tak zimnym wietrze rozebrać się do kostiumu kąpielowego.
A Nicko? Cóż, nie wiem, co myślał, ale na widok pani upuścił łopatkę i stracił kontakt z otoczeniem. To znaczy ze mną! Z jego żywicielką, najważniejszą kobietą jego życia, która ma bzika na jego punkcie, i której świat kręci się wokół niego! Niewdzięcznik!!! Gapił się bezwstydnie na tę flądrę z celulitem dopóki nie zniknęła mu z zasięgu wzroku!
No po prostu facet... z dwuletnim doświadczeniem, ale stuprocentowy facet.
Scena trwała na tyle długo, że zdążyłam wygrzebać telefon z torby i zrobić fotkę.
Sami zobaczcie!
* Anne Moir, David Jessel, “Płeć mózgu”
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Wielkanoc we Włoszech
Życie we Włoszech ma bardzo wiele zalet, przynajmniej z mojego punktu widzenia: zima trwa krócej i nie jest taka sroga - temperatura rzadko spada poniżej pięciu stopni, na plusie oczywiście! Często świeci słońce, więc łatwiej jest być optymistą. Nie brakuje atrakcji turystycznych, no i jedzenie jest pyszne...
A jednak jest coś, co my Polacy robimy lepiej: Święta Wielkanocne. We Włoszech nie ma dzielenia się jajkiem, nikt nie słyszał o cukrowym baranku, nie ma mazurka ani mojej ukochanej sałatki warzywnej...
Chcecie wiedzieć, jak wyglądały moje święta? Marnie! W sobotę nie poszłam do kościoła z koszyczkiem kolorowych pisanek, w niedzielę nie byłam na procesji o 6 rano, bo tutaj nie ma takich zwyczajów, nie jadłam wielkanocnego śniadania, tylko bardzo obfity obiad z lasagną i jagnięciną (której niestety nie lubię). Po obiedzie dopchałam się kawałkiem ciasta, które nazywa się colomba, co po włosku znaczy gołąbek (oczywiście od biblijnego gołąbka pokoju), a potem otworzyłam gigantyczne jajka z czekolady - są na zasadzie jajek z niespodzianką, tylko że większe, ale niespodzianki niestety i tak są kiczowate.
Pewnie jest już dla was jasne, że nie lubię Wielkanocy we Włoszech, ale o ile można się pogodzić z brakiem pisanek czy świątecznej sałatki warzywnej, to czy wyobrażacie sobie poniedziałek bez Śmingusa Dyngusa? Nie? To wyobraźcie sobie, że tutaj naprawdę go nie ma! Poniedziałek to tylko kolejny dzień świąteczny, w którym dojada się resztki z wczorajszego obiadu. Zero dreszczyka emocji, zero zabawy i śmiechu, jedynie marne odpadki z wczorajszego dnia... Widzicie jak ja tu cierpię???
No dobra, żarty żartami, mówcie, co chcecie, napewno Włochy są krajem sztuki i mają niesamowicie bogatą historię i kulturę, ale tutejsza tradycja Wielkanocna jest zdecydowanie uboższa od naszej. Już nie mogę się doczekać, kiedy Nicko podrośnie, żeby urządzić mu Wielkanoc z prawdziwego zdarzenia, oczywiście w Polsce!
Na koniec muszę jednak przyznać się do wielkiego plusa związanego ze spędzaniem Świąt tutaj: niedzielny obiad organizowała moja teściowa i ja nie musiałam nic przygotowywać!
Świadomość, że taki luksus jest szczęściem nielicznych była świetną motywacją do spędzenia "twórczego poranka" z Nicko. Wyjęłam farby do malowania palcami i wreszcie zrobiliśmy zwierzaki z odbitek dłoni!
A jednak jest coś, co my Polacy robimy lepiej: Święta Wielkanocne. We Włoszech nie ma dzielenia się jajkiem, nikt nie słyszał o cukrowym baranku, nie ma mazurka ani mojej ukochanej sałatki warzywnej...
Chcecie wiedzieć, jak wyglądały moje święta? Marnie! W sobotę nie poszłam do kościoła z koszyczkiem kolorowych pisanek, w niedzielę nie byłam na procesji o 6 rano, bo tutaj nie ma takich zwyczajów, nie jadłam wielkanocnego śniadania, tylko bardzo obfity obiad z lasagną i jagnięciną (której niestety nie lubię). Po obiedzie dopchałam się kawałkiem ciasta, które nazywa się colomba, co po włosku znaczy gołąbek (oczywiście od biblijnego gołąbka pokoju), a potem otworzyłam gigantyczne jajka z czekolady - są na zasadzie jajek z niespodzianką, tylko że większe, ale niespodzianki niestety i tak są kiczowate.
| Niektóre zabawki, które znalazł w jajkach Nicko |
Pewnie jest już dla was jasne, że nie lubię Wielkanocy we Włoszech, ale o ile można się pogodzić z brakiem pisanek czy świątecznej sałatki warzywnej, to czy wyobrażacie sobie poniedziałek bez Śmingusa Dyngusa? Nie? To wyobraźcie sobie, że tutaj naprawdę go nie ma! Poniedziałek to tylko kolejny dzień świąteczny, w którym dojada się resztki z wczorajszego obiadu. Zero dreszczyka emocji, zero zabawy i śmiechu, jedynie marne odpadki z wczorajszego dnia... Widzicie jak ja tu cierpię???
No dobra, żarty żartami, mówcie, co chcecie, napewno Włochy są krajem sztuki i mają niesamowicie bogatą historię i kulturę, ale tutejsza tradycja Wielkanocna jest zdecydowanie uboższa od naszej. Już nie mogę się doczekać, kiedy Nicko podrośnie, żeby urządzić mu Wielkanoc z prawdziwego zdarzenia, oczywiście w Polsce!
Na koniec muszę jednak przyznać się do wielkiego plusa związanego ze spędzaniem Świąt tutaj: niedzielny obiad organizowała moja teściowa i ja nie musiałam nic przygotowywać!
Świadomość, że taki luksus jest szczęściem nielicznych była świetną motywacją do spędzenia "twórczego poranka" z Nicko. Wyjęłam farby do malowania palcami i wreszcie zrobiliśmy zwierzaki z odbitek dłoni!
sobota, 19 kwietnia 2014
Zabawa "Podaj dalej"
Kto powiedział, że na Wielkanoc nie robi się prezentów?
Ja właśnie zostałam hojnie obdarowana przez Monikę, autorkę bloga Świat Sikuni.
Dlaczego?
Bo odpowiadając na posta na jej blogu, włączyłam się do zabawy "Podaj dalej".
To bardzo miła zabawa blogerów, która polega na tym, że wysyła się upominek osobie, która jako pierwsza, poprzez pozostawienie komentarza pod postem, wyrazi chęć udziału. Po otrzymaniu upominku, należy poinformować o tym na swoim blogu i “podać dalej” wysyłając niespodziankę kolejnej osobie :)
Dlaczego tak bardzo podoba mi się ta zabawa?
Bo odkąd piszę bloga mam wrażenie, że mam “wirtualne koleżanki”. Czytamy nawzajem nasze blogi, piszemy komentarze (które ja uwielbiam) i jest do dla mnie namiastką rozmowy przy kawie, co bardzo lubię, bo nie trzeba się umawiać ani jakoś szczególnie przygotowywać: każdy pisze kiedy może i czyta kiedy ma czas (co dla nas mam, nie jest wcale bez różnicy). Natomiast ta zabawa pozwala wyjść o jeden krok naprzód, poznać się trochę lepiej, w oryginalny sposób przenosząc nas z internetu do rzeczywistości. Świetne uczucie, bo my z Moniką nigdy się nie widziałyśmy, ani nawet nie słyszałyśmy telefonicznie, w sumie znamy się tylko z tego, co piszemy na blogach. A tu nagle dotarł do mnie kawałek jej świata :)
Dzięki Monika!
W oklejonej pięcioma znaczkami (!) i starannie ostemplowanej kopercie, którą Nicko otworzył bez większych trudności znaleźliśmy prześliczne, ręcznie wykonane przez szwagierkę Moniki kartki (ta dziewczyna ma telent, kartki na żywo wyglądają jeszcze lepiej niż na zdjęciu):
Książeczkę z rymowanymi wierszykami i naklejkami, którą Nicko był zachwycony:
Wreszcie pora na pytanie:
KOMU PODAĆ DALEJ?
Upominek ode mnie powędruje do pierwszej osoby, która wyrazi swoją chęć udziału w zabawie, pozostawiając komentarz pod niniejszym postem, ZAPRASZAM :)
Ja właśnie zostałam hojnie obdarowana przez Monikę, autorkę bloga Świat Sikuni.
Dlaczego?
Bo odpowiadając na posta na jej blogu, włączyłam się do zabawy "Podaj dalej".
To bardzo miła zabawa blogerów, która polega na tym, że wysyła się upominek osobie, która jako pierwsza, poprzez pozostawienie komentarza pod postem, wyrazi chęć udziału. Po otrzymaniu upominku, należy poinformować o tym na swoim blogu i “podać dalej” wysyłając niespodziankę kolejnej osobie :)
Dlaczego tak bardzo podoba mi się ta zabawa?
Bo odkąd piszę bloga mam wrażenie, że mam “wirtualne koleżanki”. Czytamy nawzajem nasze blogi, piszemy komentarze (które ja uwielbiam) i jest do dla mnie namiastką rozmowy przy kawie, co bardzo lubię, bo nie trzeba się umawiać ani jakoś szczególnie przygotowywać: każdy pisze kiedy może i czyta kiedy ma czas (co dla nas mam, nie jest wcale bez różnicy). Natomiast ta zabawa pozwala wyjść o jeden krok naprzód, poznać się trochę lepiej, w oryginalny sposób przenosząc nas z internetu do rzeczywistości. Świetne uczucie, bo my z Moniką nigdy się nie widziałyśmy, ani nawet nie słyszałyśmy telefonicznie, w sumie znamy się tylko z tego, co piszemy na blogach. A tu nagle dotarł do mnie kawałek jej świata :)
Dzięki Monika!
W oklejonej pięcioma znaczkami (!) i starannie ostemplowanej kopercie, którą Nicko otworzył bez większych trudności znaleźliśmy prześliczne, ręcznie wykonane przez szwagierkę Moniki kartki (ta dziewczyna ma telent, kartki na żywo wyglądają jeszcze lepiej niż na zdjęciu):
Książeczkę z rymowanymi wierszykami i naklejkami, którą Nicko był zachwycony:
Polecam wam ten wierszyk, który już znam na pamięć, bo Nicko poprosił mnie o jego przeczytanie co najmniej dziesięć razy:
A wisienką na torcie były upominki dla mnie:
Wreszcie pora na pytanie:
KOMU PODAĆ DALEJ?
Upominek ode mnie powędruje do pierwszej osoby, która wyrazi swoją chęć udziału w zabawie, pozostawiając komentarz pod niniejszym postem, ZAPRASZAM :)
środa, 26 marca 2014
Akwarium w Genui
Odkąd jestem mamą, jak każda kobieta, codziennie staję na głowie, podpieram się nosem i uszami, a czasami nawet chwytam się brzytwy, żeby stworzyć odpowiednią mieszankę z niezliczonych obowiązków i należytego matkowania.
Nie zawsze mi się to udaje, ale czasami są takie dni, jak na przykład wczoraj, że pojawi się świetna okazja połączenia przyjemnego z pożytecznym.
Musiałam pojechać do Genui, żeby odebrać dokument, którego z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie można było uzyskać ani pocztą ani tym bardziej mailem. Trzeba się było stawić osobiście w urzędzie, postać w kolejce i zapłacić. A że taki wyjazd to w moim przypadku strata połowy dnia, to zabrałam ze sobą Nicko (licząc na fory w urzędzie) i zrobiliśmy sobie wycieczkę.
Z czego słynie Genua? Z wąskich, mrocznych uliczek, z pesto alla genovese i oczywiście z ogromnego Akwarium (tutaj link), w którym zgromadzono ponad 600 gatunków zwierząt.
Zaraz więc po odstaniu swojego w urzędowej kolejce (niestety nikt się nad nami nie zlitował, pomimo że uzbroiłam Nicko w zestaw hałaśliwych zabawek) przebiegliśmy po deszczowej Genui slalomem omijając kałuże i zmoczeni, ale szczęśliwi odetchnęliśmy z ulgą na wejściu do Akwarium.
Pomimo, że jeszcze nie zaczął się sezon turystyczny, że był środek tygodnia, a nie weekend i że lało jak z cebra, nie brakowało wśród zwiedzających wycieczek szkolnych, rodzin, czy matek z dziećmi.
Były mamy reporterki
“Kochanie, ustaw się do zdjęcia! Poczekaj, właśnie zbliża się rekin, utrzymaj pozę. O tak, nie ruszaj się! Zapłaciłam za bilet 24 euro (!!!), więc teraz będę pstrykać zdjęcia dopóki mi karta pamięci nie pęknie! No uśmiechnij się, przecież świetnie się bawisz!” W odpowiedzi dziecko robiło jeszcze bardziej naburmuszoną minę, a mama się bulwersowała, że znowu zdjęcie jej nie wyszło.
Były mamy zjedz coś jeszcze
Dawały dziecku do wyboru trzy różne słodkie bułki i soczek w kartoniku mówiąc: “Słonko, zjedz coś jeszcze! Od drugiego śniadania jeszcze nic nie jadłeś (była 11.30, więc dziecko na głodzie od co najmniej godziny!)
Były wreszcie mamy tresowane
To moja ulubiona kategoria, bo się do niej zaliczam. Zabawa polega na tym, ze dziecko znienacka zrywa się i zaczyna biec nie oglądając się za siebie, a często nie patrząc też przed siebie (prawdopodobnie ono samo nie wie, gdzie patrzy). Dobrze wytresowana matka rzuca się za nim biegiem i goni dopóki nie złapie. Potem powtarza po raz trzy tysiące setny, że nie wolno uciekać mamie i grozi paluszkiem. Dziecko potakuje i reprymenda działa do następnego odpału, którego jednak nawet najlepiej wytresowana matka nie jest w stanie przewidzieć.
Na szczęście korytarze Akwarium w Genui są długie i szerokie, z pewnością zaprojektowane z myślą o tresurze matek, więc dziecko ma się gdzie wybiegać, a przy okazji może zobaczyć rekiny, delfiny, pingwiny, foki, meduzy, koniki morskie, rozgwiazdy i wiele innych niespotykanych cudów natury.
Na pamiątkę zostaną wspomnienia wspaniałej przygody i garstka zdjęć (bo oczywiście ja też pstryknęłam kilka razy aparatem, ale że kategoria matek reporterek budzi mój szczery wstręt i odrazę, fotek mam w sumie niewiele).
Nie zawsze mi się to udaje, ale czasami są takie dni, jak na przykład wczoraj, że pojawi się świetna okazja połączenia przyjemnego z pożytecznym.
Musiałam pojechać do Genui, żeby odebrać dokument, którego z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie można było uzyskać ani pocztą ani tym bardziej mailem. Trzeba się było stawić osobiście w urzędzie, postać w kolejce i zapłacić. A że taki wyjazd to w moim przypadku strata połowy dnia, to zabrałam ze sobą Nicko (licząc na fory w urzędzie) i zrobiliśmy sobie wycieczkę.
Zaraz więc po odstaniu swojego w urzędowej kolejce (niestety nikt się nad nami nie zlitował, pomimo że uzbroiłam Nicko w zestaw hałaśliwych zabawek) przebiegliśmy po deszczowej Genui slalomem omijając kałuże i zmoczeni, ale szczęśliwi odetchnęliśmy z ulgą na wejściu do Akwarium.
Pomimo, że jeszcze nie zaczął się sezon turystyczny, że był środek tygodnia, a nie weekend i że lało jak z cebra, nie brakowało wśród zwiedzających wycieczek szkolnych, rodzin, czy matek z dziećmi.
Były mamy reporterki
“Kochanie, ustaw się do zdjęcia! Poczekaj, właśnie zbliża się rekin, utrzymaj pozę. O tak, nie ruszaj się! Zapłaciłam za bilet 24 euro (!!!), więc teraz będę pstrykać zdjęcia dopóki mi karta pamięci nie pęknie! No uśmiechnij się, przecież świetnie się bawisz!” W odpowiedzi dziecko robiło jeszcze bardziej naburmuszoną minę, a mama się bulwersowała, że znowu zdjęcie jej nie wyszło.
Były mamy zjedz coś jeszcze
Dawały dziecku do wyboru trzy różne słodkie bułki i soczek w kartoniku mówiąc: “Słonko, zjedz coś jeszcze! Od drugiego śniadania jeszcze nic nie jadłeś (była 11.30, więc dziecko na głodzie od co najmniej godziny!)
Były wreszcie mamy tresowane
To moja ulubiona kategoria, bo się do niej zaliczam. Zabawa polega na tym, ze dziecko znienacka zrywa się i zaczyna biec nie oglądając się za siebie, a często nie patrząc też przed siebie (prawdopodobnie ono samo nie wie, gdzie patrzy). Dobrze wytresowana matka rzuca się za nim biegiem i goni dopóki nie złapie. Potem powtarza po raz trzy tysiące setny, że nie wolno uciekać mamie i grozi paluszkiem. Dziecko potakuje i reprymenda działa do następnego odpału, którego jednak nawet najlepiej wytresowana matka nie jest w stanie przewidzieć.
Na szczęście korytarze Akwarium w Genui są długie i szerokie, z pewnością zaprojektowane z myślą o tresurze matek, więc dziecko ma się gdzie wybiegać, a przy okazji może zobaczyć rekiny, delfiny, pingwiny, foki, meduzy, koniki morskie, rozgwiazdy i wiele innych niespotykanych cudów natury.
Na pamiątkę zostaną wspomnienia wspaniałej przygody i garstka zdjęć (bo oczywiście ja też pstryknęłam kilka razy aparatem, ale że kategoria matek reporterek budzi mój szczery wstręt i odrazę, fotek mam w sumie niewiele).
czwartek, 20 marca 2014
Dzień lenia bez wyrzutów sumienia
Wreszcie zdobyłam się na odwagę i korzystając ze sprzyjających warunków meteorologicznych i osobistych wzięłam jednodniowy urlop od wszystkiego. Do diaska z wyrzutami sumienia, bo nie wszystko jest na tip top. Do diaska z wielozadaniowością i wielowątkowością. Nie jestem cyborgiem tylko kobietą, chociaż co do tego możnaby mieć pewne wątpliwości...
Ostatnio wyglądałam raczej jak dziewczyna zgłaszająca się do serwisu “przed i po”: brak konkretnej fryzury, nad oczami krzaki zamiast brwi, bezkształtne paznokcie różnej długości, bo ciągle się łamią i pominę szczegóły zbędnego owłosienia, którego pozbycie się pozwoliłoby mi zrzucić co najmniej kilogram. Podsumowując: idealna kobieta dla Kuzyna To (Coś) z Rodziny Adamsów!
Najlepiej byłoby zdać się na jakiś cud, podróż do Lourdes albo do indiańskiego szamana, ale że akurat chwilowo mnie na to nie stać zdecydowałam się na dostępną mi terapię szokową według schematu A jak fryzjer, B jak kosmetyczka, C jak obiad z koleżanką.
I co z tego, że była środa, chwilowo opuścił mnie zdrowy rozsądek (a może wręcz przeciwnie). Hasło: dzień lenia bez wyrzutów sumienia.
Po odwiezieniu Nicko do żłobka pojechałam prosto do punktu A - fryzjera.
Elegancki mężczyzna w czarnym obcisłym golfiku i o wyraźnie sfeminizowanych gestach spojrzał na mnie jak na zjawę z Dziadów i powiedział głośno (na tyle, że wszyscy odwrócili się w moją stronę):
- Powiedz mi, że przez ostatnie pół roku byłaś odcięta od cywilizacji, że porwało cię UFO i poddało dziesiątkom eksperymentów.
- Nie, miałam pewnego rodzaju areszt domowy, wiesz, praca, dom, dziecko... żyłam głównie w moim świecie i trochę wirtualnie.
- To jest bardzo niebezpieczne, trzeba czasami wyjść do ludzi i pożyć normalnie, a nie wifi, cokolwiek by to miało znaczyć.
Co racja, to racja, pożyjmy trochę w realnym świecie i zobaczmy jak to jest.
Wygodnie usiadłam w fotelu i zdałam się na łaskę wypolerowanych na błysk nożyczek i dobrej woli serdecznego fryzjera. Ten wziął iPada z setkami zdjęć, które płynnie przewijał przed moimi oczami:
- Nie wrzuciłem jeszcze ostatnich fotek, więc nie mogę ci pokazać dokładnie, jak chciałbym cię obciąć... Proponuję coś takiego, niezupełnie, ale w tym kierunku.
Na zdjęciu była prześliczna uśmiechnięta modelka z włosami do ramion, delikatnie przycieniowanymi i wyglądała cudownie: elegancko, z klasą, ale skromnie.
O tak, to fryzura dla mnie! Już nie mogę się doczekać!
W międzyczasie, według utartego zwyczaju, nie zajęliśmy się rozwiązywaniem problemów fizyki kwantowej, ale tak po prostu przyziemnymi plotkami. Było o tym, że coraz więcej rodzin się rozpada, bo mężowie zdradzają z panami, chociaż według najnowszych trendów trójkąt to już przeżytek. Jego znajomi są kwadratem, bo najpierw panowie przypadli sobie do gustu, a potem panie stwierdziły, że to całkiem niezły pomysł i teraz jeżdżą na wakacje wszyscy razem plus trójka dzieci, a wieczorem przed pokojami hotelowymi mówią dobranoc i panie kierują się na lewo, a panowie na prawo...
Takie tam pogaduszki, które w sumie nikogo już nie bulwersują, prawda?
Po dwóch godzinach dzieło fryzjera było skończone. Spojrzałam w lustro i co zobaczyłam?
“Kamila, policz do dziesięciu zanim cokolwiek pomyślisz i do nieskończoności, zanim cokolwiek powiesz”. - pomyślałam w odruchu obronnym.
Oczywiście z modelką ze zdjęcia miałam wspólnego tyle co z fizyką kwantową. Ona wyglądała jak pełna wdzięku dama, a ja jak zadziorna chłopczyca... ale że w sumie nowa fryzura naturalnie dopasowała się do całej reszty mojej zawadiackiej osóbki, a co najważniejsze, odjęła mi co najmniej pięć lat, z salonu wyszłam zadowolona i biegiem popędziłam do punktu B jak kosmetyczka.
-Zacznijmy od brwi i wąsików, bo nie mogę się skupić, jak na ciebie patrzę.
Bolało, oj, bolało... Nie tylko odrywanie wosku od skóry, ale przede wszystkim komentarze, że przecież nie można się tak zaniedbywać, że powinnam myśleć o sobie itd. itp. I ten piekący wstyd, nigdy go nie zapomnę.
Sprowadziło mnie na ziemię burczenie w brzuchu. Wreszcie pora na długo wyczekiwany obiad z koleżanką, która zawsze ma jakieś ciekawe nowinki.
Zamówiłyśmy tylko sałatkę i Colę light jak przystało na “normalne kobiety”, którym pierwsze promienie wiosennego słońca przypominają o zbliżającym się teście przymierzania kostiumów plażowych.
I zaczęłyśmy plotkować o jej czterdziestopięcioletniej szefowej, która właśnie zaszła w ciążę ze swoim młodszym o 12 lat facetem. Oczywiście pojechali do Hiszpanii, bo tam in vitro jest legalne, oczywiście ona nie ma zamiaru rodzić naturalnie, tylko przez cesarkę na życzenie, oczywiście nie będzie karmić piersią, tylko modyfikowanym i oczywiście zaraz po porodzie, dzieckiem zajmie się niania, bo ona nie może zaniedbać firmy.
Wsiadając do samochodu czułam się piękna i pachnąca, szczuplejsza o kilogram i młodsza o pięć lat. Dumna z siebie, bo w jeden dzień udało mi się wymazać ślady wielomiesięcznego niedbalstwa. Moja jednodniowa full immersion w świat realny zaowocowała jednak lekkim chaosem i dezorientacją. Trudno mi uwierzyć, że nawet nie zauważyłam, jak bardzo zmienił się otaczający mnie świat, a zwłaszcza utwierdzony przez lata klasyczny model rodziny.
I jak tu teraz myśleć o czekającym mnie w ten weekend myciu jedenastu okien mojego domu?
Ostatnio wyglądałam raczej jak dziewczyna zgłaszająca się do serwisu “przed i po”: brak konkretnej fryzury, nad oczami krzaki zamiast brwi, bezkształtne paznokcie różnej długości, bo ciągle się łamią i pominę szczegóły zbędnego owłosienia, którego pozbycie się pozwoliłoby mi zrzucić co najmniej kilogram. Podsumowując: idealna kobieta dla Kuzyna To (Coś) z Rodziny Adamsów!
Najlepiej byłoby zdać się na jakiś cud, podróż do Lourdes albo do indiańskiego szamana, ale że akurat chwilowo mnie na to nie stać zdecydowałam się na dostępną mi terapię szokową według schematu A jak fryzjer, B jak kosmetyczka, C jak obiad z koleżanką.
I co z tego, że była środa, chwilowo opuścił mnie zdrowy rozsądek (a może wręcz przeciwnie). Hasło: dzień lenia bez wyrzutów sumienia.
Po odwiezieniu Nicko do żłobka pojechałam prosto do punktu A - fryzjera.
Elegancki mężczyzna w czarnym obcisłym golfiku i o wyraźnie sfeminizowanych gestach spojrzał na mnie jak na zjawę z Dziadów i powiedział głośno (na tyle, że wszyscy odwrócili się w moją stronę):
- Powiedz mi, że przez ostatnie pół roku byłaś odcięta od cywilizacji, że porwało cię UFO i poddało dziesiątkom eksperymentów.
- Nie, miałam pewnego rodzaju areszt domowy, wiesz, praca, dom, dziecko... żyłam głównie w moim świecie i trochę wirtualnie.
- To jest bardzo niebezpieczne, trzeba czasami wyjść do ludzi i pożyć normalnie, a nie wifi, cokolwiek by to miało znaczyć.
Co racja, to racja, pożyjmy trochę w realnym świecie i zobaczmy jak to jest.
Wygodnie usiadłam w fotelu i zdałam się na łaskę wypolerowanych na błysk nożyczek i dobrej woli serdecznego fryzjera. Ten wziął iPada z setkami zdjęć, które płynnie przewijał przed moimi oczami:
- Nie wrzuciłem jeszcze ostatnich fotek, więc nie mogę ci pokazać dokładnie, jak chciałbym cię obciąć... Proponuję coś takiego, niezupełnie, ale w tym kierunku.
Na zdjęciu była prześliczna uśmiechnięta modelka z włosami do ramion, delikatnie przycieniowanymi i wyglądała cudownie: elegancko, z klasą, ale skromnie.
O tak, to fryzura dla mnie! Już nie mogę się doczekać!
W międzyczasie, według utartego zwyczaju, nie zajęliśmy się rozwiązywaniem problemów fizyki kwantowej, ale tak po prostu przyziemnymi plotkami. Było o tym, że coraz więcej rodzin się rozpada, bo mężowie zdradzają z panami, chociaż według najnowszych trendów trójkąt to już przeżytek. Jego znajomi są kwadratem, bo najpierw panowie przypadli sobie do gustu, a potem panie stwierdziły, że to całkiem niezły pomysł i teraz jeżdżą na wakacje wszyscy razem plus trójka dzieci, a wieczorem przed pokojami hotelowymi mówią dobranoc i panie kierują się na lewo, a panowie na prawo...
Takie tam pogaduszki, które w sumie nikogo już nie bulwersują, prawda?
Po dwóch godzinach dzieło fryzjera było skończone. Spojrzałam w lustro i co zobaczyłam?
“Kamila, policz do dziesięciu zanim cokolwiek pomyślisz i do nieskończoności, zanim cokolwiek powiesz”. - pomyślałam w odruchu obronnym.
Oczywiście z modelką ze zdjęcia miałam wspólnego tyle co z fizyką kwantową. Ona wyglądała jak pełna wdzięku dama, a ja jak zadziorna chłopczyca... ale że w sumie nowa fryzura naturalnie dopasowała się do całej reszty mojej zawadiackiej osóbki, a co najważniejsze, odjęła mi co najmniej pięć lat, z salonu wyszłam zadowolona i biegiem popędziłam do punktu B jak kosmetyczka.
-Zacznijmy od brwi i wąsików, bo nie mogę się skupić, jak na ciebie patrzę.
Bolało, oj, bolało... Nie tylko odrywanie wosku od skóry, ale przede wszystkim komentarze, że przecież nie można się tak zaniedbywać, że powinnam myśleć o sobie itd. itp. I ten piekący wstyd, nigdy go nie zapomnę.
Sprowadziło mnie na ziemię burczenie w brzuchu. Wreszcie pora na długo wyczekiwany obiad z koleżanką, która zawsze ma jakieś ciekawe nowinki.
Zamówiłyśmy tylko sałatkę i Colę light jak przystało na “normalne kobiety”, którym pierwsze promienie wiosennego słońca przypominają o zbliżającym się teście przymierzania kostiumów plażowych.
I zaczęłyśmy plotkować o jej czterdziestopięcioletniej szefowej, która właśnie zaszła w ciążę ze swoim młodszym o 12 lat facetem. Oczywiście pojechali do Hiszpanii, bo tam in vitro jest legalne, oczywiście ona nie ma zamiaru rodzić naturalnie, tylko przez cesarkę na życzenie, oczywiście nie będzie karmić piersią, tylko modyfikowanym i oczywiście zaraz po porodzie, dzieckiem zajmie się niania, bo ona nie może zaniedbać firmy.
Wsiadając do samochodu czułam się piękna i pachnąca, szczuplejsza o kilogram i młodsza o pięć lat. Dumna z siebie, bo w jeden dzień udało mi się wymazać ślady wielomiesięcznego niedbalstwa. Moja jednodniowa full immersion w świat realny zaowocowała jednak lekkim chaosem i dezorientacją. Trudno mi uwierzyć, że nawet nie zauważyłam, jak bardzo zmienił się otaczający mnie świat, a zwłaszcza utwierdzony przez lata klasyczny model rodziny.
I jak tu teraz myśleć o czekającym mnie w ten weekend myciu jedenastu okien mojego domu?
poniedziałek, 17 marca 2014
Odcienie szarości (ale nie Greya)
Tym razem słoneczny weekend wykorzystaliśmy, żeby pojechać w pobliskie
góry. Jak widać na zdjęciu, jesteśmy w pobliżu Campocecina, a te białe
plamy to nic innego jak kamieniołomy, w których wydobywany jest słynny
na całym świecie marmur karraryjski.
Spacerując po górskich ścieżkach, znaleźliśmy świetną zabawkę dla naszego małego naukowca: kilkunastucentymetrowy kawałek łupka. Jest on stosowany we Włoszech do pokrycia dachów, ostatnio stał się również prestiżowym elementem dekoracji wnętrz, ale do niedawna wykorzystywany był po prostu do produkcji tablic szkolnych! I tak oto, zupełnie przypadkiem, trafiliśmy na kolejną darmową, a do tego ekologiczną zabawkę dla Nicko - naturalną tablicę, po której rysowanie okazało się na tyle ciekawe, że zapomniałam o dziecku na dobre pół godziny!
Nie będę oszukiwać, my jesteśmy zwykłą rodziną, która cieszy sie ze wspólnych wypadów nawet jeśli nie zdarzy się nic zapierającego dech w piersiach i lubimy bardzo podstawowe pamiątki, właśnie takie jak ten ciemnoszary kamień... Nie to żebym była sknerą, ale myślę, że nawet gdybym miała wszystkie pieniądze, którymi cieszy się Beyonce, to i tak pewnie nie umiałabym kupić (tak jak ona) wysadzanej diamentami Barbie o wartości 60 tysięcy euro, czy krzesełka za skromną kwotę 12 tysięcy euro!
Codzienność, moim zdaniem, jest takim dziwnym zjawiskiem, które dopóki trwa, wydaje się szare i nijakie, ale z perspektywy czasu staje się cenniejsze niż wszystkie ekstrawaganckie prezenty razem wzięte. Nie będę tutaj prawić morałów o trudnej do opanowania sztuce cieszenia się chwilą ani o tym, że szarość ma wiele odcieni (według niektórych co najmniej 50). Powiem tylko, że z ogromną przyjemnością umieszczam w dole posta nagranie z naszej dzisiejszej przejażdżki samochodem w drodze do żłobka. Śpiewamy “Były sobie kurki trzy”, bez słów i trochę ziewając, a potem kłócimy się, kto jest Zającem Poziomką.
Zapraszam wszystkich o mocnych nerwach, bo ja jestem z tych co wierzą, że “Śpiewać każdy może”...
wtorek, 11 marca 2014
Wypad do Mediolanu
Nie miałam planu B. Jak zwykle w ogóle nie miałam planu. Po prostu
trafiłam do Mediolanu na Erasmusa i po dziesięciu miesiącach
zdecydowałam, że zostanę. Skończyłam studia, zaczęłam wymarzoną pracę i
szybko pięłam się po kolejnych szczeblach kariery.
Wszystko szło jak
po maśle, do czasu kiedy moja romantyczna dusza niespodziewanie
przejęła prym. Spotkanie z Signorem D zatrzęsło moimi priorytetami i w
krótkim czasie doprowadziło do przeprowadzki do Ligurii, zmiany zawodu i
macierzyństwa. Niczego nie żałuję, ale trochę brakuje mi Mediolanu, więc kiedy okazało się, że w niedzielę była cudowna pogoda, szybko spakowaliśmy w samochód wszystkie niezbędne rzeczy: zapas pieluch, dziecięce ubranka na zmianę (nigdy nic nie wiadomo), kocyk, smoczek oraz ulubioną przytulankę Nicko i ruszyliśmy w drogę.
Za każdym razem kiedy jestem w Mediolanie, staram się odwiedzić jak najwięcej miejsc, z którymi jestem w jakiś sposób emocjonalnie związana.
Pewniakiem jest Corso Como 10, ukryty w podwórzu ogród, który prowadzi do jednego z najbardziej ekskluzywnych sklepów prowadzonych przez Carlę Sozzani, siostrę redaktorki naczelnej Vogue Italia.
Corso Como 10 jest dla mnie magicznym miejscem, bo za każdym razem
przechodząc przez bramę mam wrażenie jakbym przekraczała ukryty w sercu
miasta portal do innego świata. Na pierwszym piętrze znajduje się
księgarnia z mnóstwem inspirujących książek o sztuce, architekturze i
designie oraz galeria sztuki, gdzie zawsze jest jakaś ciekawa wystawa.
Żeby wrócić do rzeczywistości wystarczy tylko wychylić nos za bramę. Już
o kilkadziesiąt metrów od galerii znajduje się kompleks nowych budynków
wybudowanych z okazji zbliżających się targów Expo 2015.
Krótka podróż metrem to kolejny skok do zupełniej innej ery. Przenosi
nas na Plac Duomo, gdzie stoi Katedra Narodzin św. Marii, jedna z
najbardziej znanych we Włoszech i w Europie gotyckich budowli.
Notka
dla mam z małymi dziećmi: plac jest ogromny i zawsze fruwa wokół niego
mnóstwo gołębi, więc jest to świetna okazja, żeby dać się dziecku
wybiegać!
Przy przyległej stronie placu można podziwiać galerię Vittorio Emanuele,
gdzie można ewentualnie kupić sobie jakiś drobiazg w sklepach firm takich jak Prada, Gucci, Louis Vuitton,
czy Church’s.
Wiadomo, podróżowanie z małym dzieckiem czasami zmienia trochę grafik zwiedzania. No dobra, powiedzmy jak jest: nie ma co ustalać grafiku, cokolwiek zaplanujemy, twoje ukochane maleństwo i tak wywróci to do góry nogami, porwie na drobne kawałki i użyje do tylko jemu wiadomych celów.
Ja jednak się nie poddaję, nadal wierzę, że pomimo bycia mamą mogę pokusić się o minimum normalności i wolności myśli. Wystarczy tylko znaleźć kompromis. Dlatego też po spełnieniu wszelkich obowiązków macierzyńskich takich jak obiad, zmiana pieluchy i odpowiednia dawka aktywności ruchowej, zapięłam Nicko w wózku i zaprowadziłam do muzem XX wieku, gdzie w ciszy i spokoju otoczony prestiżowymi dziełami sztuki mógł skorzystać z popołudniowej drzemki, a ja poczuć się prawie zwyczajną kobietą.
Oczywiście nie mogłam się bardziej pomylić. Pomimo zmęczenia Nicko nie chciał nawet słyszeć o spaniu!
Podjęłam ambitną próbę przekonania go, że muzealne atrakcje nie są dla dwulatków, a przespanie wizyty jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, jakie mogę mu zaproponować.
Niestety wszelkie wysiłki okazały się bezskuteczne, więc zaraz przed oczami mnożyły mi się najczarniejsze scenariusze o tym jak Nicko złamie wszystkie zasady uderzając pięścią w jakiś obraz lub spoci się kopiąc w rzeźby i zostaniemy wyrzuceni z hukiem przez najbliższe okno przypadkowej sali, a nasze zdjęcia znajdą się na ścianie za kasami z napisem: "nieznośnym bachorom i ich nieodpowiedzialnym matkom wstęp wzbroniony!"
Na szczęście i tym razem zupełnie nie trafiłam. Brak współpracy ze strony mojego małego urwisa pozwolił mi odkryć, że po pierwsze muzeum XX wieku w Mediolanie jest najbardziej baby friendly muzem w jakim kiedykolwiek byłam, a po drugie, jeśli nam się coś podoba, to dwulatkowi też.
Nicko wcale się nie nudził, wręcz przeciwnie. Biegał po salach od obrazu do obrazu, śmiał się głośno i komentował, pokazywał palcem jeśli coś mu się podobało i bez skrępowania krytykował to, co nie przypadło mu do gustu. Niesamowite było też, że nikt nie zwrócił nam uwagi, a panie z obsługi spoglądały w stronę najmłodszego zwiedzającego z przyjaznym uśmiechem. Na dodatek, mniej więcej z połowie muzeum, znaleźliśmy małą salkę, w której można dzieci nakarmić, przewinąć i gdzie mogą się one pobawić (niekoniecznie po cichu) w małym drewnianym domku.
Na pamiątkę tego fantastycznego popołudnia mam mnóstwo zdjęć, na których śmiejemy się beztrosko na tle dzieł artystów takich jak Fontana, De Chirico, czy Schifano. Najbardziej jednak jestem dumna z fotki, na której mój dwuletni krytyk sztuki ze swoim nieodłącznym króliczkiem i ze smoczkiem stoi obok jednego z najbardziej znanych obrazów Kounellisa.
I nikt mnie już nie przekona, że sztuka jest tylko dla wykształconych kulturoznawców, a pokazywanie jej dzieciom to strata czasu!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






