A jednak jest coś, co my Polacy robimy lepiej: Święta Wielkanocne. We Włoszech nie ma dzielenia się jajkiem, nikt nie słyszał o cukrowym baranku, nie ma mazurka ani mojej ukochanej sałatki warzywnej...
Chcecie wiedzieć, jak wyglądały moje święta? Marnie! W sobotę nie poszłam do kościoła z koszyczkiem kolorowych pisanek, w niedzielę nie byłam na procesji o 6 rano, bo tutaj nie ma takich zwyczajów, nie jadłam wielkanocnego śniadania, tylko bardzo obfity obiad z lasagną i jagnięciną (której niestety nie lubię). Po obiedzie dopchałam się kawałkiem ciasta, które nazywa się colomba, co po włosku znaczy gołąbek (oczywiście od biblijnego gołąbka pokoju), a potem otworzyłam gigantyczne jajka z czekolady - są na zasadzie jajek z niespodzianką, tylko że większe, ale niespodzianki niestety i tak są kiczowate.
| Niektóre zabawki, które znalazł w jajkach Nicko |
Pewnie jest już dla was jasne, że nie lubię Wielkanocy we Włoszech, ale o ile można się pogodzić z brakiem pisanek czy świątecznej sałatki warzywnej, to czy wyobrażacie sobie poniedziałek bez Śmingusa Dyngusa? Nie? To wyobraźcie sobie, że tutaj naprawdę go nie ma! Poniedziałek to tylko kolejny dzień świąteczny, w którym dojada się resztki z wczorajszego obiadu. Zero dreszczyka emocji, zero zabawy i śmiechu, jedynie marne odpadki z wczorajszego dnia... Widzicie jak ja tu cierpię???
No dobra, żarty żartami, mówcie, co chcecie, napewno Włochy są krajem sztuki i mają niesamowicie bogatą historię i kulturę, ale tutejsza tradycja Wielkanocna jest zdecydowanie uboższa od naszej. Już nie mogę się doczekać, kiedy Nicko podrośnie, żeby urządzić mu Wielkanoc z prawdziwego zdarzenia, oczywiście w Polsce!
Na koniec muszę jednak przyznać się do wielkiego plusa związanego ze spędzaniem Świąt tutaj: niedzielny obiad organizowała moja teściowa i ja nie musiałam nic przygotowywać!
Świadomość, że taki luksus jest szczęściem nielicznych była świetną motywacją do spędzenia "twórczego poranka" z Nicko. Wyjęłam farby do malowania palcami i wreszcie zrobiliśmy zwierzaki z odbitek dłoni!