wtorek, 3 czerwca 2014

Moje cyber-dziecko

Zawsze się śmieję, kiedy opowiadam o moim porodzie, bo oczywiście nie wyglądał on tak jak zaplanowałam. Miałam termin na 22 listopada, ale optymistycznie wierzyłam, że Nicko urodzi się co najmniej kilka dni później.
Na 10 listopada przypadał jeden z organizowanych przeze mnie eventów, więc chciałam zrealizować super wydarzenie kulturalne, zamknąć komputer i zająć się przygotowaniami do porodu.
Kiedy urodził się Nicko?
10 listopada rano rzecz jasna!
Nie tylko nie miałam gotowej walizki, ale w przeddzień eventu nie wszystko było jeszcze na tip top: brakowało odpowiednich talerzy do rozłożenia poczęstunku, a że dla wnętrzarskiego szpanu  potrzebowałam talerzy koloru zielonego, niemożliwych do znalezienia, przeszłam całe miasto wzdłuż i wszerz w ich poszukiwaniu. Talerze znalazłam, ale długi spacer wywołał skurcze, które w ciągu kilku godzin stały się regularne.
Jak tylko zrozumiałam, że moje dziecko ma w głębokim poważaniu moją pracę i plany, po kolacji chwyciłam za laptopa i między jednym skurczem a drugim, pisałam długiego maila do mojej pracowniczki ze szczegółowym opisem wszystkiego, co trzeba było jeszcze zrobić.
Nie będę was zanudzać naturalistyczną relacją z porodu, powiem tylko w telegraficznym skrócie, że był rodzinny, po ludzku i miał być w wodzie, ale nie wyszło.
Pamiętam wiszący za moimi plecami zegar, na który zerkałam po każdym skurczu i przed każdym badaniem z coraz bardziej rosnącą złością i żalem, bo czas mijał, a moja sytuacja nie zmieniała się ani o centymetr. Ostatecznie zmuszona byłam wyjść z wody i urodzić akceptując wymowny metaforycznie, ale kompletnie pozbawiony estetyki, wymiar mojej kobiecości. 

Przyszło na świat, wiadomo: takie śliczne różowiutkie maleństwo z maleńkimi stópkami i słodkimi rączkami, którego urodę i niesamowite blond włosy opiewały nawet najmniej wrażliwe staruchy.

Czas mijał i w przeciągu niespełna roku to pulchniutkie maleństwo, dla którego pierś matki była całym światem, zmieniło się w cyborga uwielbiającego wszelkie technologiczne zabawki i gadżety.
Czy ma to związek z tym, że nawet jego narodzinom towarzyszyło miarowe stukanie mojej klawiatury?
Wątpię, ale bawi mnie taki trochę baśniowy związek przyczynowy.

Mój synek należy do dzieci epoki cyfrowej, ery 2.0, okresu touchscreen, zwijcie go jak chcecie, problem w tym, że jest to generacja, której wychowanie martwi nas bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo jeszcze nie wiemy, jak ustosunkować się do nowości technologicznych.
Nasze dzieci są pod tym względem szczurami doświadczalnymi, to dzięki nim dopiero za kilkanaście lat będzie możliwa odpowiedź pytania takie jak:

Kiedy pozwolić dziecku na zabawę komputerem/telefonem/tabletem?
Jak ustosunkować się do technologii?
Jak pogodzić radość z poznawania otaczającego nas świata z atrakcyjnością gier komputerowych?
Czy w epoce ekranów ma jeszcze sens przekonywać dziecko o wyższości słowa drukowanego?

Pytań i wątpliwości jest oczywiście dużo więcej, odpowiedzi brak.
Tutaj podzielę się moją osobistą opinią, której zresztą nie zamierzam zaciekle bronić, bo tak naprawdę chciałabym poznać wasze szczere zdanie i ewentualnie coś zmienić:

1. Staram się, aby procent czasu spędzony przez mojego synka przed ekranem był bardzo niski w stosunku do czasu spędzonego na interakcjach ze “światem realnym”.

2. Nie podchodzę do technologii jak do zła koniecznego, chociaż świadomość, że uzależnienie od gier komputerowych i portali społecznościowych jest chorobą naszych czasów motywuje mnie do zachowania środków ostrożności.

3. Nie kieruję się strachem przed popełnieniem błędu tylko chęcią “zrobienia jak najlepiej”.

Konkretnie wygląda to tak:

Bajki
Czytamy książeczki i bawimy się w teatrzyki, gdzie Nicko najchętniej odgrywa rolę strasznego wilka. Prawie nie włączam telewizji, ale pozwalam Nicko oglądać bajki na komputerze, bo tam są po polsku.
Ograniczenie jest czasowe: dzieci do roku nie powinny w ogóle oglądać bajek (moje oglądało, ale tylko w sytuacjach podbramkowych), natomiast dzieci do trzeciego roku życia nie powinny oglądać bajek dłużej niż przez pół godziny dziennie (to mi się prawie udaje, nie zawsze, ale staram się jak mogę).

Gry
Mamy całą masę gier, puzzli i klocków (nie tylko Lego, ale też drewnianych), ale wgrałam w mój telefon i w iPada gry edukacyjne dla Nicko. Tak, istnieją gry dla rocznych i dwuletnich dzieci.

gry komputerowe dla małych dzieci
Mówiący Miś
Jest grą edukacyjną dla dzieci uczących się mówić. Ten słodki miś fascynuje maluchy, bo powtarza dokładnie wszystko, co mówią, stając się doskonałym bodźcem stymulującym rozwój mowy. Nicko był zachwycony i zanosił się śmiechem za każdym razem, kiedy misio powtarzał echem jego nieśmiałe “eeee” i “mama”.





gry komputerowe dla małych dzieci
Mówiący Pinokio
Trochę bardziej rozwinięta wersja z misiem. Pinokio nastawia ucha przysłuchując się wypowiedzi dziecka, którą powtarza, ale oprócz tego robi mnóstwo zabawnych rzeczy: łowi rybkę z akwarium, wyjmuje zabawki ze skrzyni i gra na flecie.








gry komputerowe dla małych dzieci
Ułóż w rzędzie
W tej grze możemy układać w rzędzie trzy przedmioty: znalezienie trzech jednakowych przedmiotów jest kombinacją, która pozwala przejść do następnego zestawu. Alternatywą jest cyfrowe memory, którego największą zaletą jest, że nie pogubimy elementów).


gry komputerowe dla małych dzieci

Zwierzęta i instrumenty
Wystarczy wybrać paluszkiem interesujące nas zwierzę, przedmiot, czy instrument, a słyszymy dźwięk, który produkuje i lektor mówi nam jego nazwę.







Gier oczywiście jest więcej, bo dla ich producentów dzieci to bardzo interesujący target. Pracowicie tworzą więc dla nich piąty wymiar: świat wirtualny, stawiając nas, pionierską generację rodziców, przed niesamowicie ambitnym wyzwaniem: wychowanie cyfrowych dzieci ery 2.0.
Dla większości z nas to grząski teren, który sami dopiero poznajemy, więc z jednej strony towarzyszy nam ekscytacja z odkrywania, a z drugiej strach przed nieznanym.
Otuchy dodaje mi jednak fakt, że nie powiodła się próba zastąpienia drewnianych zabawek plastikowymi, a plastikowych mechanicznymi na baterie. Świat jest coraz bogatszy, nasze doświadczenia coraz bardziej urozmaicone, a piąty wymiar jest jego kolejną częścią, pełnowartościową, ale tylko częścią.

6 komentarzy:

  1. No to oprócz wielu rzeczy łączy nas jeszcze jedno- Gaja też urodziła się 10-go listopada, ale o rok później niż Nicko:). Dzieci za nic mają plany rodziców i same wybierają moment, kiedy mają pojawić się n a świecie. A technologiczne nowinki to uwielbiają chyba wszystkie dzieciaki, bo u nas pilot, laptop i komórka są już traktowane jako zabawki małej. Mamy więc w domu dwa skorpioniki- w przyszłości na pewno nie dadzą sobie w kaszę dmuchać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowite! Ta sama data :) Może kiedyś urządzimy im wspólne urodziny? Oj, skorpiony są przebojowe, na szczęście ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszka Modzelewska3 czerwca 2014 18:07

    To ciekawy miałaś poród. Pracoholiczka z Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tą pracą to akurat tak wypadło... a najśmieszniejsze jest to, że kilka dni wcześniej byłam u ginekologa i zapewniała mnie, że mały jeszcze długo u mnie posiedzi... gdyby nie te talerze... ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie trzeba korzystać z wszelkich dobrodziejstw naszych czasów :) Zosia czasem ogląda bajkę, ale większość czasu spędza na podwórku. Staram się jednak, żeby to nowoczesne życie nie zastępowało podwórka, czy wspólnych chwil, a było tylko dodatkiem :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Taka wisienka na torcie ;)

    OdpowiedzUsuń