piątek, 3 stycznia 2014

Ach śpij, kochanie...

Czy są różnice pomiędzy mamami w Polsce i we Włoszech? No pewnie, że są!
Weźmy na przykład kołysanki. Tutaj nikt nie śpiewa o słodkich szarych kotkach ani nie obiecuje gwiazdki z nieba. Piosenka, której włoskie dzieci słuchają przed snem idzie mniej więcej tak:
Luli lali luli,
komu dam to dziecko?
Dam je Befanie
potrzyma je przez tydzień
Dam je Bobo
potrzyma je przez cały rok
Dam je Białemu
potrzyma je dopóki się nie znudzi
Dam je mądremu elfowi
zrobi z niego wspaniałego człowieka!
Co prawda w wersji włoskojęzycznej są rymy, ale ominęłam je skupiając się na wiernym tłumaczeniu, bo moim zdaniem ten tekst jest co najmniej makabryczny. Jakoś nie mogę zrozumieć, dlaczego włoskie matki nie tylko nie chcą same wychowywać własnych dzieci, ale porzucają je na pastwę wszystkich możliwych potworów. Czy przypadkiem nie budzi to w dzieciach lęku przed rozstaniem? Nie chcę teraz wyolbrzymiać problemu, ale być może to właśnie ta kołysanka jest u podstaw popularnego tutaj zjawiska, tak zwanych “bamboccioni”, czyli “wielkich bobasów”. Powszechnie wiadomo, że włoskie dzieci dorastając niechętnie opuszczają rodzinny dom. Coraz częściej nawet po czterdziestce nie wstydzą się korzystać z usłużności mamy, która ścieli im łóżko, przygotowuje wszystkie posiłki, po których zmywa i ogólnie wyręcza we wszystkich nużących czynnościach.  Mając wielu znajomych, którzy sami nie umieją nawet przygotować sobie kanapki, zastanawiam się, skąd im się to bierze. Czy to po prostu lenistwo? Czy też powodem jest kryzys, który znacznie utrudnia znalezienie stałej pracy nawet najlepiej wykształconym? A może raczej to ten lęk przed rozłąką, który wyssali z mlekiem matki i utwierdzili dzięki słynnej kołysance? Kto wie... Ja jednak na wszelki wypadek śpiewam mojemu synkowi tylko nasze, polskie kołysanki.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz